Adres facebook

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wywiad. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wywiad. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 lipca 2014

Co w najnowszym Cosiu? #10: Szaleni naukowcy

SPIS TREŚCI: CNP#10 (WYDANIE JUBILEUSZOWE)

Temat numeru: SZALENI NAUKOWCY

Wojciech Sawłowicz – 1,21 gigawata marzeń, czyli "Powrót do przyszłości" 
Paweł Iwanina – Zbuduj własnego potwora – pomiędzy fikcją, a rzeczywistością
Paweł Klimczak – Przypadek bardzo dziwnego doktora
Adriana Siess – Nikola Tesla: Król błyskawic
Beata Mróz - 50 twarzy Frankensteina
Marcin Waincetel – Poza czasem, pomiędzy miejscami: nieśmiertelność figury Golema
Paulina Anacka – Jednostka 731
Przemysław Pieniążek – Anton Phibes: In Memoriam
Adriana Siess – Pan Domu Cierpienia
Maciej Berg – Szpikulcem w oko

VARIA

Kamil Dachnij – Carpenter w zwierciadle satyry
Paweł Klimczak – Lori Lovecraft, czyli macki pin-upu
Paweł Iwanina – Kinowy horror nie żyje. Toksyczny Mściciel
Tomasz Olkowski – Horror Hop

STREFA KRYMINAŁU

Wojciech Sawłowicz – Cykl listy morderców: Niegrzeczny Kubuś, część II
Łukasz Śmigiel – Żegnajcie laleczki
Bartosz Naskręcki – Licencja na Bonda

STREFA GIER

MDK
Gustaw Bigiel - Cthulhu 2.0
Paweł Wernic - 7 Ronin

ESEJ

Robert Louis Stevenson o Wyspie Skarbów
Bolesław Prus o wynalazkach

KOMIKS

Galeon Apokalipsy (Poe/E. Allgor)
Tequila: Niezabij (Śmigiel/Babis)

PROZA

Wywiad z Juliuszem Vernem
Ray Bradbury – Technokrata z konieczności
Ernest Bramah – Drahma Dionizosa (z cyklu o detektywie Maksie Carradosie)
Tomasz Kaczmarek – Geniusz profesora Sama Sullivana
Paweł Iwanina – Wytrzeszcz tysiąca jardów
Łukasz Śmigiel – Tequila: Liczba Bestii (fragment powieści)

środa, 11 kwietnia 2012

Coś na progu rozmawia: Wywiad z Marcinem Wrońskim (6 kul w magazynku)

W cyklu naszych szybkich wywiadów z pisarzami pod ostrzał dostał się autor kryminałów - Marcin Wroński. Sześć pocisków zaklętych w pytania posłał w jego stronę Szymon Stoczek. Zapraszamy do lektury:

 Szymon Stoczek: Duża część ,,Skrzydlatej trumny” dotyka przekrętu mającego miejsce w Lubelskiej Wytwórni Samolotów. Na końcu swojej książki zamieszcza Pan dodatkowo historię samej firmy. Skąd zainteresowanie tym miejscem?

Marcin Wroński: Głównie stąd, że nie tylko już go nie ma. Nie ma go do tego stopnia, że gdy przyjedzie Pan do Lublina i pójdzie na ulicę Wrońską, bardzo trudno będzie Panu sobie wyobrazić, że po jednej jej stronie było lotnisko, a po drugiej hangary, biura konstrukcyjne i warsztaty fabryczne. W powieściach o komisarzu Maciejewskim opisuję rudery, speluny i cuchnące bramy, ale także wielowymiarową dynamikę miasta, która po wojnie została zatracona – nie w tym sensie, że teraz nie ma dynamiki, ale w takim, że nie ma już wielowymiarowości. W moich retrokryminałach kluczem zawsze jest miasto, tak samo w Skrzydlatej trumnie, tylko tym razem bardziej skupiłem się na jego przemysłowej części. Natomiast nie jestem i nigdy nie byłem fanem lotnictwa, zainteresowałem się nim wyłącznie z powodów utylitarnych. Nie żałuję jednak, bo jak zwykle to bywa podczas moich poszukiwań dobrego tła kryminału, dotarłem do informacji bardziej nieprawdopodobnych niż jakakolwiek fikcja. Trudno uwierzyć, ale takie samo usterzenia ogonowe, jakie miał supertajny amerykański bombowiec z lat 80. F-117 Nighthawk, po raz pierwszy przetestowano właśnie w lubelskiej fabryce samolotów Plagego i Laśkiewicza. Oczywiście mój bohater, Zyga Maciejewski, zajmuje się sprawami kryminalnymi, nie wysokimi technologiami, więc w samej powieści dotykam głównie sposobów, jakimi państwo doprowadziło do wysiudania z interesu dawnych właścicieli fabryki, ale skoro pyta Pan o moje prywatne motywacje, to takie właśnie są – zachwyt i niedowierzanie, że w moim mieście, w zakładzie, który stale borykał się z problemami finansowymi, powstawały znakomite, niedoceniane konstrukcje.

Szymon Stoczek: W jednym z felietonów wyznał Pan, że nie boi się horrorów, rzeczywiście jest z Pana taki twardy, nieustraszony racjonalista?

Marcin Wroński: Mój felieton oczywiście operuje przerysowaniem, nie jestem nieustraszony. Jestem jednak racjonalistą i zapewne dlatego wolę być pisarzem kryminałów niż horrorów. To nie jest tak, że nie cenię literatury grozy, z przyjemnością czytywałem ją jeszcze jako filolog, z nieco mniejszą jako redaktor, a już zupełnie bez przyjemności prywatnie, jako zwykły czytelnik. Jako zwykłego czytelnika bardzo mnie ona nudzi.

Szymon Stoczek: Pana cykl drobiazgowo oddaje realia historycznego Lublina. Jak dużo czasu poświęca pan na research, a ile na pisanie samych książek?

Marcin Wroński: To trudno zmierzyć, bo oba te elementy mojej pracy często mieszają się ze sobą. Byłoby bardzo miło mieć tyle czasu, aby najpierw poświęcić kilka miesięcy na samo zbieranie informacji, a potem znów kilka na samo pisanie. Wtedy nie tylko moja wiedza byłaby bardziej uporządkowana i czułbym się mądrzejszy, ale też mógłbym Panu odpowiedzieć bardziej precyzyjnie. Wydaje mi się, że jest pół na pół, z tym że część reasearchu wykonuję podczas pisania, bo np. nagle potrzebuję sprawdzić, na ile guzików zapinał się policyjny mundur albo o której godzinie odjeżdżał pociąg z Lublina do Warszawy. Niektórych potrzebnych elementów nie sposób przewidzieć na wstępie, dopiero podczas pisania ujawniają się braki. To jednak tworzy pewien chaos, bardzo nieprzyjemny dla racjonalisty, prawda?

Szymon Stoczek: Którą z części cyklu o Maciejewskim ceni Pan sobie najbardziej, a którą najmniej?

Marcin Wroński: Nie chciałbym zohydzać moim czytelnikom żadnej z moich książek, zwłaszcza że zdania na temat tego, która jest najlepsza, są podzielone. Za literacko najlepszą uważam A na imię jej będzie Aniela, chociaż szczególny sentyment mam do Kina Venus – to najweselsza odsłona cyklu, przy której podczas pisania nieraz zaśmiałem się sam do siebie, a praca nad nią była czystą radością. No i ten reasearch, który polegał m.in. na oglądaniu przedwojennych filmów i zdjęć pornograficznych! Najmniej lubię właśnie Skrzydlatą trumnę, ale w żadnym razie nie dlatego, że uważam ją za książkę nieudaną. Tu po raz pierwszy reasearch przerósł kompetencje mojego komisarza i wielu interesujących mnie spraw nie mogłem zawrzeć w książce. Historia lubelskiej fabryki samolotów aż się prosi o powieść, w której główną rolę odegrałaby jakaś wyimaginowana komisja śledcza albo zespół z komendy głównej policji – to materiał na drugą powieść: retro-polityczno-sensacyjną. Tymczasem Maciejewski jako prowincjonalny glina na wiele spraw ma za krótkie ręce, o wielu sprawach zwyczajnie nie może wiedzieć, tym bardziej nie może się nimi zajmować. Stąd po postawieniu ostatniej kropki mam pełną świadomość niewykorzystaniu potencjału, jaki dawał materiał. Natomiast cenię sobie Komisarza Maciejewskiego jako cykl, a zwłaszcza to, że przynajmniej do tej pory udawało mi się tak konstruować jego poszczególne odsłony, że pasują do siebie, a zarazem każda jest inna w temacie i nastroju.

Szymon Stoczek: Pracuje Pan nad następną książką ,,Pogrom w przyszły wtorek” czy może Pan zdradzić w jakich latach i jakiej sprawy tym razem będzie dotyczyć akcja?

Marcin Wroński: Myślę, że będzie to jedna z bardziej lubianych przeze mnie książek, bo dotyczy interesującego zdarzenia – pogromu Żydów w Lublinie tuż po zakończeniu wojny. Mówię „interesującego”, a nie „tragicznego”, bo w przeciwieństwie do pogromów w Krakowie czy w Kielcach, w Lublinie nie doszedł on do skutku. Nie wiadomo dlaczego tutejsza bezpieka zachowała się jak policja, a nie jak mafia polityczna. Bo wtrącił się jakoś komisarz Maciejewski? Poza tym rok 1945 to też ciekawy moment w życiu Lublina jako miasta, które cierpi biedę, które przed chwilą było stolicą nowej Polski, ale właśnie być nią przestało, które nie wie, co będzie dalej, i bardzo po lubelsku przypuszcza, że nic dobrego…

Pytanie od Czytelników na blogu „Coś na progu”:
Artykuły, teksty kabaretowe, opowiadania, scenariusze, wreszcie, powieści - czytałam, że dopasowuje Pan konwencję do historii, którą chce opowiedzieć. Mam jednak pytanie: która z tych form jest dla Pana największym wyzwaniem, a która przychodzi w sposób niejako naturalny?
Marcin Wroński: Trudne pytanie, bo niektóre z tych form to już sprawa przeszłości, niekiedy całkiem odległej. Nie piszę już tekstów kabaretowych, natomiast wszelkiego rodzaju komediowe wstawki w kryminałach piszą mi się same. Bardzo lubię pisać opowiadania, bo to bardzo odświeżające dla kogoś, kto siedzi głównie nad powieściami. Natomiast im dłużej siedzę nad powieściami, tym bardziej nie lubię pisania scenariuszy. Bardzo się męczę, przestawiając głowę na zupełnie inny rodzaj myślenia. Jako powieściopisarz dążę do formy możliwie kompletnej, która pozostawia jedynie wąskie szparki na wyobraźnię czytelnika i za którą tylko ja jestem odpowiedzialny. Natomiast scenariusz jest jedynie partyturą, a grać będzie ktoś inny i w dużej części od tego, jak on zagra, zależeć będzie efekt. Właśnie to myślenie pod grającego, a nie pod tekst, jest najtrudniejsze i najbardziej frustrujące, bo trudne do przewidzenia.
 Dziękujemy za rozmowę!

środa, 14 marca 2012

Sześć kul w magazynku - rozmowa z Pawłem Pollakiem

W naszym cyklu szybkich i bezkompromisowych wywiadów z autorami, Szymon Stoczek wziął na spytki Pawła Pollaka – pisarza i tłumacza literatury szwedzkiej. W 2006 roku zadebiutował kryminałem psychologicznym „Kanalia”, trzy lata później wydał powieść obyczajową „Niepełni”, by wrócić do tematyki kryminalno-sądowniczej w zbiorze opowiadań „Między prawem a sprawiedliwością”. „Gdzie mól i rdza” to jego pierwsza powieść z udziałem komisarza Marka Przygodnego. 

Szymon Stoczek: Czy jakaś autentyczna kryminalna sprawa odcisnęła piętno na Pana twórczości lub miała na nią istotny wpływ? 
 
Paweł Pollak: Nie. Wielu recenzentów twierdzi, że opowiadanie „Zarażona” w zbiorze „Między prawem a sprawiedliwością” było inspirowane sprawą Simona Mola, ale kwestia odpowiedzialności osoby, która świadomie zaraża innych śmiertelną chorobą, chodziła mi po głowie wcześniej. Bo przecież podobne przypadki zdarzały się i przed Molem, tylko nie były takie głośne. Owszem, śledzę sprawy kryminalne w prasie, z myślą, że może wykorzystam którąś do zbudowania powieści, i niewykluczone, że w przyszłości tak się stanie, ale na razie opieram się raczej na własnej fantazji.

Szymon Stoczek: Czy pisząc swoje książki wyobraża Pan sobie jakiś modelowych odbiorców? Piszę Pan do przeciętnego zjadacza chleba czy bardziej do intelektualnych elit, a może chce Pan trafić ze swoimi książkami pod każdy dach?

Paweł Pollak: Piszę dla siebie, co więcej, kiedy pisałem swoją pierwszą powieść, nie miałem większego przekonania, że ktoś ją poza mną przeczyta. Dosyć długo zdumiewało mnie, że ludzie chcą poświęcać czas na sprawdzanie, co jakiś tam nieznany im gość wymyślił, i każda informacja zwrotna, że ktoś przeczytał moją powieść, naprawdę mnie zaskakiwała. Teraz już się przyzwyczaiłem, co nie znaczy, że zmieniłem sposób pisania. Modelowym odbiorcą jestem ja sam: z jednej strony jest Pollak pisarz, a z drugiej Pollak czytelnik, który chce przeczytać książkę wciągającą, z paroma przemyśleniami i starannie dopracowaną.

Szymon Stoczek: Czy odczuwa Pan czasem pokusę, aby dać upust swoim frustracjom i na kartach książki uśmiercić nieuprzejmą kasjerkę czy złośliwego sąsiada? Twórca może przecież poczuć się niemal jak Bóg, a sąsiad wcale nie musi się domyślić, że posłużył jako wzór dla któregoś z denatów.

Paweł Pollak: Uśmiercić to nie, ofiary to centralne postaci kryminału i między innymi wokół nich buduje się fabułę, a trudno, żeby nieuprzejma kasjerka czy złośliwy sąsiad dostępowali takiego zaszczytu, jak poświęcenie im całej powieści. Ale jako postaci poboczne proszę bardzo. August Strindberg odgrażał się tym, którzy mu się narazili, że spotkają się w jego następnej książce, i wzorem Strindberga jednego łobuza w „Gdzie mól i rdza” opisałem. Ale wyśledzenie, kto to jest, pozostawiam czytelnikom obdarzonym żyłką detektywistyczną, powiem tylko, że kluczem do rozwiązania zagadki są teksty na moim blogu z 2010 roku.

Szymon Stoczek: Ile w Panu z komisarza Przygodnego, też śledzi pan namiętnie aukcje na Allegro i narzeka na kondycje polskich kryminałów?

Paweł Pollak: Przeciwnie, polskie kryminały bardzo cenię i uważam, że jest wśród nich naprawdę sporo rewelacyjnych rzeczy. Zresztą Przygodny krytykuje wszystkie kryminały, nie tylko polskie, i nie jako znawca literatury, lecz jako policjant, który uważa, że autorzy kryminałów albo utrudniają mu pracę (bo przestępcy dostają gotowe instrukcje, przed czym mają się zabezpieczyć), albo niewłaściwie przedstawiają realia. Nie podoba mu się na przykład, że pokazują stróżów prawa jako rzucających na okrągło mięsem, bo on nie przeklina ani nie toleruje tego wśród swoich podwładnych. To zresztą był taki autoironiczny przytyk do licznych wulgarności w „Kanalii”.

A swoje hobby Przygodny zawdzięcza mojemu koledze, który tak się pasjonował akcjami na Allegro, że postanowiłem sobie z niego zażartować. Nabiłem mu oglądalność sprzedawanego tomiku poezji, jakby wystawił oryginalne wydanie Biblii. Najpierw był tym ogromnie rozemocjonowany i próbował rozwikłać, dlaczego akurat ten tomik wzbudził takie zainteresowanie, a potem wściekły, kiedy się dowiedział, że to moja sprawka.

Szymon Stoczek: Pana kryminał zbiera bardzo pochlebne recenzje. Przypuszczam, że dalsze losy Przygodnego to tylko kwestia czasu. Ma Pan już pomysł na kolejną książkę?

Paweł Pollak: Nie tylko pomysł, lecz także pierwsze sceny. Ujawnię, że następna powieść z Przygodnym w roli głównej zaczyna się od morderstwa dwojga nastolatków na wrocławskim Biskupinie.

Szymon Stoczek: Pytanie od jednej z internautek, Doroty Pansewicz, do której powędruje Pana książka z autografem:

Kryminały często dotykają różnego rodzaju wynaturzeń człowieka, opowiadają o strasznych nieraz zbrodniach i przestępstwach. Czy jest dla Pana jakiś temat tabu, którego nie powinno się poruszać w literaturze i którego Pan by nie poruszył?

Paweł Pollak: Dla pisarzy nie może być tematów tabu. To prosta droga do schyłku literatury. Nie jestem natomiast zwolennikiem epatowania krwawymi scenami dla samego epatowania, bez głębszej myśli, ale to znaczy tyle, że nie zamieszczam bez potrzeby takich scen w swoich książkach i nie lubię ich jako czytelnik. Ale nie zamierzam innym autorom tego zabraniać czy nawoływać, by złagodzili swoje opisy. Drastyczny opis dla samego opisu może mieć przecież dużą wartość literacką.

Szukaj