Adres facebook

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 października 2016

Magazyn Coś: Rusza nasz radiowy podcast z pulp newsami!

Dobra wiadomość dla tych, którzy nie śledzą stale kolejnych, codziennych aktualizacji na naszej stronie. Średnio co 10 dni będziemy wrzucać nowy podcast audio, przypominające najważniejsze pulp & weird newsy, których nie możecie przegapić. Pierwszy odcinek już jest (czyta redakcyjny Paweł Iwanina). Zapraszamy także do słuchania pozostałych nagrań przygotowanych przez naszą redakcję. Playlistę będziemy sukcesywnie rozbudowywać: https://soundcloud.com/cosnaprogu Nasz podcast można łatwo subskrybować. 

niedziela, 2 października 2016

Magazyn Coś: Wielka księga Kuby Rozpruwacza

Wieści z zagranicy: Uznany i nagradzany redaktor Otto Penzler, przedstawia nam grubaśną, bo prawie 900 stronicową antologię tekstów poświęconych jednemu z najsłynniejszych seryjnych morderców, którego prawdziwa tożsamość po dziś dzień pozostaje tajemnicą. "The Big Book of Jack the Ripper", wydana przez Vintage skrywa w sobie 41 opowiadań o Kubie Rozpruwaczu - od klasyków w rodzaju Roberta Blocha, czy Ellery Queen, po współczesnych autorów, jak Jeffery Deaver i Lyndsay Faye. Całość uzupełnia dokumentacja dotycząca morderstw popełnionych przez Jacka - raporty z autopsji, zeznania światków oraz analizy specjalistów w temacie. Czekamy z niecierpliwością, aż ktoś tę książkę przetłumaczy na j. polski i wyda w kraju nad Wisłą.

środa, 11 maja 2016

Przyjmujemy teksty do #2 numeru Magazynu COŚ!

Magazyn COŚ przyjmuje teksty do druku! Obecnie rozpoczynamy procedurę przyjmowania tekstów do #2 numeru naszego czasopisma. Na Wasze prace (wcześniej niepublikowane, także online) czekamy do 10.06.2016. Interesują nas opowiadania, artykuły i poezja o tematyce: pulp, wierd, horror (wszelkie odmiany), hardboiled, czarny kryminał, thriller, sensacja, science-fiction, dark fantasy, steampunk, postapo, weirdwest, opowieści niesamowite. Opowiadania (Times New Roman 12/ odstępy między wierszami 1,5) do 20-22 stron maszynopisu. Artykuły publicystyczne, mocno analizujące temat (zdecydowanie NIE-wikipedyczne wyliczanki) - minimum na 6 stron sformatowanego maszynopisu (jak wyżej), do 16-18 stron maksymalnie. Nie przyjmujemy recenzji. Nie rezerwujemy sobie praw do ponownego wykorzystania tekstów. Oferujemy wynagrodzenie i numer autorski oraz możliwość stałej współpracy. Odpisujemy na każde zgłoszenie. Teksty należy nadsyłać w formacie DOC. na adres: magazyncos@gmail.com
 
 

sobota, 13 czerwca 2015

Tajemne spotkanie Marlona Brando

Mało kto wie, że ponad 13 lat temu odbyły się najbardziej niezwykłe warsztaty aktorskie w historii. Na 10-dniowy kurs zaproszenie otrzymało kilkunastu szczęśliwców, młodych studentów szkół teatralnych oraz weterani tego fachu - wśród nich chociażby Leonardo DiCaprio, Sean Penn, Robin Williams, Edward James Olmos, Michael Jackson, Nick Nolte, Whoopi Goldberg, Jon Voight czy Henry Dean Stanton. Co ich skłoniło do wzięcia udziału w tym projekcie? Jego autor, jedyny i niepowtarzalny Marlon Brando.

Coś co musicie wiedzieć o Marlonie Brando, to to że jest to aktor któremu można osobiście przypisać spowodowanie rewolucji w Hollywood. Gdyby szukać kamieni milowych w historii kinematografii, na pewno natknęlibyśmy się na film z 1951 roku o nazwie Tramwaj zwany pożądaniem. Zmodernizował on, a raczej rola wykreowana przez Brando, współczesne aktorstwo. Temu filmowi przypisuje się jako pierwsze skorzystanie z "metody" - sposobu gry aktorskiej polegającej na odwoływaniu się do własnych emocji i przeżyć w celu osiągnięcia jak najbardziej wiarygodnej kreacji. Marlon był uczniem Lee Strasberga i Stelli Adler: największych autorytetów aktorskich, ludzi którzy rozpowszechnili na zachodzie system Stanisławskiego - praojca metody aktorskiej. Jeżeli będziecie mieli kiedyś okazję obejrzeć Tramwaj z pewnością zauważycie różnice między klasycznie szkolonym aktorstwem, a metodą. Na ekranie widzimy bohaterów z nienaganną dykcją i posturą, deklamujących każdy fragment tekstu z największą dokładnością, a niekiedy wręcz teatralną przesadą, a zupełnie obok nich Brando - wyróżniający się prostotą, brutalnością (gra Stanleya Kowalskiego, polskiego emigranta cechującego się dość chłopskim rozumowaniem). Nie udaje wściekłości, frustracji - on je naprawdę pokazuje. Ta jedna rola zapewniła mu nieśmiertelność pośród sław Hollywood, ale przecież w tym momencie jego kariera się rozpoczęła, a później było już tylko lepiej. Czy to jako Vito Corleone w Ojcu Chrzestnym, czy Pułkownik Kurtz w Czasie Apokalipsy, bądź Paul w kontrowersyjnym Ostatnim tangu w Paryżu, za każdym razem przypieczętowywał swoją pozycję jako najwybitniejszego aktora XX wieku.

Niestety, każda róża ma swoje ciernie. Odmówienie Oscara za Ojca Chrzestnego w 1973 mogło być pierwszym zwiastunem końca kariery wielkiego aktora. I faktycznie, wypuszczony w 1979 roku Czas apokalipsy jest ostatnim wartym zobaczenia filmem w jego dorobku. Brando zatracał się w dwóch rzeczach: swoim ekscentryzmie i lenistwie. Wiele jest anegdot dotyczących jego zachowań na planie - przyjeżdżał zupełnie nieprzygotowany, nie wiedząc nawet jaką rolę ma grać; jego tekst był pisany na ogromnych planszach trzymanych za kamerą, który i tak ignorował pozwalając sobie na improwizację. Innym aspektem jego lenistwa była kolosalna tusza, która powiększała się z roku na rok. W trakcie kręcenia Czasu ciężko było odszukać dawnego, przystojengo i napakowanego Marlona, ostatecznie doprowadzając się do takiego stanu na parę miesięcy przed śmiercią. Logiczną konsekwencją utraty ról i zniknięcia z życia publicznego były narastające problemy finansowe. Utrzymanie się w Hollywood jest trudne, zwłaszcza bez źródła stałego dochodu. Próbował paru biznesów, które okazywały się niewypałami. Możliwe więc, że pomysł akademii był początkowo zwyczajnym skokiem na kasę. Ale nie można też wykluczyć opcji, że mógł być ostatnią próbą pozostawienia po sobie jakiegoś wartościowego dorobku, przekazanie swojej ogromnej wiedzy w akademicki sposób na temat aktorstwa.

Wszyscy zgromadzeni już od samego początku wiedzieli, że biorą udział w czymś zupełnie niezwykłym. Pierwszego dnia oto przed nimi pojawia się 78-letnia, 130-kilogramowa gwiazda kina w dużej blond peruce, niebieskiej maskarze i w czarnej sukni i zaczyna ponad dziesięciominutowy, wymyślony in promptu monolog w brytyjskim akcencie, zakończony ściągnięciem sukni i ukazaniem nagiego tyłka. Później już było tylko lepiej - szokowanie pseudosobowtórem Osamy Bin-Ladena w niecały rok od 11 września, zapraszanie bezdomnych i gwiazd jazzu, oraz rozbieranie młodych studentek. Szaleńcze tempo i dziwaczna forma okazały się zbyt wymagające dla wielu uczestników, którzy odchodzili z kursu w trakcie kłótni w akompaniamencie krzyków. Na samym końcu pozostali m.in. Williams, Olmos i Penn.

Jednakowoż przełamywał tym samym bariery i ukazywał aktorom nieodkryte jeszcze przez nich zakątki ich talentu. Mistrza improwizacji i stand-upu Robina Williamsa pokonał w banalny sposób - na skecz o sprzedaży samochodu zaprosił prawdziwego dealera samochodowego, który nie tylko przegadał złotoustą legendę ale też zmusił do przyznania się do porażki. Było to świadectwem jak bardzo Marlon Brando wierzył w metodę i jak usiłował to przekazać swoim "studentom". Magia realizm. Nawet najlepszy aktor nie doścignie w przekonywaniu i sprzedaży dealera z 20-letnim stażem. Ale może próbować.

Najciekawszym elementem całego przedsięwzięcia był fakt, iż każda sekunda była skrzętnie nagrywana celem późniejszej dystrybucji. Niestety, Brando miał problem z koncentrowaniem się na jednym projekcie i przed ukończeniem montażu projekt trafił na półkę. Niewątpliwie, kiedyś mógłby zostać dokończony, ale Brando zmarł niecałe dwa lata później. Spadkobiercą spuścizny po nim został producent Mike Medavoy, który bynajmniej nie ma zamiaru upubliczniać nagrań. Oficjalnie dlatego, że nie wszyscy nagrani zezwolili na rozpowszechnianie wizerunku, jednakowoż zdrowy rozsądek podpowiada inne powody - jako osoba odpowiedzialna za wizerunek aktora po śmierci nie zależy mu na rozpowszechnianiu nagrań jego ekscentrycznej, bliskiego przyjaciela robiącego jeszcze bardziej ekscentryczne rzeczy. Czy kiedykolwiek zobaczymy taśmy? Mało prawdopodobne, ale na pewno byłyby cennym nabytkiem dla fanów i adeptów aktorstwa, testamentem pozostawionym przez największą legendę dużego ekranu ubiegłego stulecia.

autor: Joz

Tekst umieszczony na blogu za zgodą autora

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Komiks, który rozśmieszał Amerykę [Złoty Poniedziałek]

Cykl wpisów Złoty Poniedziałek poświęcony będzie komiksom – najczęściej tym, ze Złotej Ery Komiksu. Postaram się przybliżyć wszystko, co z komiksem jest związane w dobrej i przejrzystej formie. Zaczniemy od lutego 1948 roku, kiedy to nakładem wydawnictwa St. John wychodzi pierwszy numer 36 stronicowego komiksu Abbot and Costello.


Takich trzech, jak nas dwóch...

Były to zeszyty robione na licencji uzyskanej od wytwórni Universal, która zajmowała się produkowaniem filmów z tytułową parą. Abbott i Costello byli komediowym duetem, który od początku lat 40. rozbawiał całą Amerykę do łez. Nie była to zwyczajna para, która od czasu do czasu miała uświetniać nudne uroczystości – w tamtym okresie nie było osób, które mogłyby się z nimi równać. 

Są autorami jednego z najbardziej rozpoznawalnych skeczy - grze słów. Nazywał się „Who’s on first?” i polegał na tym, że wysoki, szczupły i wyważony Abbot tłumaczył pozycje i nazwiska graczy baseballa swojemu niskiemu, tęgiemu i porywczemu partnerowi – Costello. Witz rozchodził się o dwuznaczność nazwisk – jeden nazywał się Kto, drugi Czemu – a na każdy występ modyfikowali listę graczy. Brzmiało to mniej więcej tak:

- Kto jest pierwszy?
- Kto.
- Kto?
- Kto jest pierwszy!

„Who’s on first” znalazło się w liście 100 najlepszych cytatów według Amerykańskiego Instytutu Filmowego. 

Zapełniamy rynek

Abbot i Costello byli hitem – pojawiali się w radiu, telewizji, filmie, kreskówkach, a nawet w tekstach piosenek. Byli bezkompromisowi, nieugięci i przez ponad 20 lat ciągle na dobrym poziomie. Niestety, przez kodeks Haysa – konserwatywny zbiór zakazów dotyczących możliwości pokazywania danych scen w kinematografii – wydźwięk ich filmów musiał być złagodzony. 

Do rzeczy, których nie można było pokazać na ekranie wybrano komiks, chociaż pierwotnie nie taki był zamysł. Pierwsza historia z lutego 1948 roku to przerysowana na papier fabuła filmu z duetem Abbot&Costello - The Wistful Widow of Wagon Gap z 1947 roku. Później zamiast uciekać się do adaptacji, zaczęto wychodzić z własnymi inicjatywami. Pojawiały się parodie westernów, kryminałów, thrillerów, a nawet fantasy. Wszystko w dowolnej komediowej konwencji – żonglowano gatunkami, obśmiewano polityków i systemy gospodarcze, pojawiały się komentarze na bieżące sprawy polityczne, a wszystko to ukryte pod celnymi ripostami Abbota i Costello.

Po tym, jak prawy górny róg okładki zaczęła zasłaniać pieczątka „approved by comic code authority” seria przetrwała tylko 2 lata. Do 1956 roku zdążyło ukazać się 40 bardzo dobrych, choć miejscami nierównych numerów. 
 
Nie taki szybki koniec

Koniec komiksowej serii zbiegł się ze spadkiem zainteresowania wyczynami Abotta i Costello, którzy kilkanaście lat wcześniej wyparli Flipa i Flapa, a teraz sami mieli być wyparci przez nowy duet – przystojnego, wysportowanego i uwodzicielskiego Deana Martina i jego partnera, wyjątkowo pociesznego Jerry’ego Lewisa. 1956 rok to także ostatni poważny film z gasnącymi sławami. Ameryka o nich zapomniała.

Po 11 latach nieobecności, w 1967 roku powrócili – najpierw w wersji animowanej The Abbott and Costello Cartoon Show, pięciominutowych skeczach na zlecenie Hanna-Barbera, a później znów zagościli na kartach komiksu. Serię wydawało wydawnictwo Charlton, miała 22 zeszyty i ostatecznie umarła w 1971 roku. Od swojej starszej siostry odbiegała poziomem, a swoją popularność osiągnęła dzięki zamiłowaniu Ameryki do nostalgii.

Jak na razie nie zanosi się ani na reedycję, ani na nowe przygody komediowego duetu. Chociaż przyglądając się ostatniemu trendowi, w którym do łask powraca retro i vintage nie powiedziałbym, że jest to aż tak bardzo nierealna myśl.

Paweł Iwanina


Grafiki

Na koniec kilka grafik. Różnice między rokiem 1954 a 1955, czyli wprowadzeniem Comic Code Authority widać gołym okiem:

Okładka sprzed Comic Code Authority
A tutaj już po liftingu.
               

piątek, 6 marca 2015

Fantastyka i kryminał w Radiu Wrocław Kultura!

Dobre wieści! Co tydzień w nowym Radiu Wrocław Kultura, w czwartki od g. 15:00 możecie posłuchać 4 godzinnego programu o literaturze i komiksie. Pasmo prowadzi duet - Łukasz Śmigiel i Jacek Antczak, a w programie pojawiło się już wielu znakomitych gości z literackiego świata fantastyki i kryminału, m.in. autorzy: Marcin Rusnak, Jacek Inglot, Nadia Szagdaj, czy Błażej Przygodzki, ale także związani z fantastyką dziennikarze, blogerzy, tłumacze: Maciej Rybicki, Michał Wnuk, czy Marcin Waincetel. Zapraszamy do słuchania audycji online, na żywo w Radiu Wrocław Kultura, a także do odwiedzin bloga audycji, który powoli rozkręcają Łukasz i Jacek: http://literaturatokultura.blogspot.com/


Świat Czytników chwali elektroniczne wydanie darmowego "Coś na Progu"!

Nareszcie. Wiele miesięcy pracy mamy za sobą i w końcu oddajemy w Wasze ręce elektroniczne wydanie #10 CNP w wersji na czytniki. W środku znajdziecie m.in. premierowy fragment nadchodzącej powieści o przygodach Tequili oraz szort komiksowy z naszą maskotką w roli głównej. Sprawdźcie także koniecznie jak elektroniczne wydanie CNP ocenił serwis "Świat Czytników". Numer możecie pobrać z naszej strony w dowolnym formacie: POBIERZ...




sobota, 14 lutego 2015

Zdobądź bezpłatny, papierowy egzemplarz #10 Coś na Progu...

Darmowe, wydrukowane egzemplarze CNP#10 polecą najpierw do laureatów konkursu sprzed miesiąca oraz do recenzentów. I teraz apel do RECENZENTÓW właśnie. Jeżeli chcecie otrzymać 2 egzemplarze #10 Cosia (jeden do recenzji, drugi do rozdania), napiszcie do nas wiadomość na cosnaprogu@gmail.com, zgłaszając swój akces i podając link do bloga, strony, na której mogłaby się pojawić recenzja numeru. Z góry dziękujemy za Wasze zaangażowanie.






poniedziałek, 3 listopada 2014

Sto lat, Dolph!

Dzisiaj swoje urodziny świętuje jeden z najbardziej charakterystycznych bohaterów kina akcji lat 90., potężnie umięśniony, z wyraźni zarysowaną szczęką, nadającą jego twarzy wygląd zabijaki, dwukrotny mistrz Europy w karate, a przy okazji magister chemii i niezwykle uczuciowy człowiek – Dolph Lundgren. Z tej okazji – kilka ciekawostek.

Nie oceniaj książki po okładce – Lundgren włada siedmioma językami, w tym trzema biegle – francuskim, szwedzkim i angielskim, a jego IQ wynosi trochę ponad 160.

Człowiek wielu talentów – Lundgreen służył w wojsku w oddziale marines. Na dodatek był tam kapitanem… drużyny pięcioboju nowoczesnego. Tego jednak było mu mało, dlatego już po służbie dwa razy zdobył mistrzostwo Europy w karate kyokushin.

Nie tylko pięścią Lundgren żyje – Studiował matematykę, fizykę i chemię i to na najwyższym poziomie – dostawał liczne, prestiżowe stypendia. Licznie również zmieniał uczelnie – najpierw Szwecja, potem Australia, a na samym końcu USA. Dokształcał się nawet w MIT, najlepszej politechnice na świecie.

Przestań się rumienić!  - powodem, dla którego intensywnie trenował i pobierał nauki jest fakt wybitnej… nieśmiałości Lundgrena. W jednym z wywiadów wyjaśniał, że była to jedna z metod radzenia sobie z tym problemem.

Światło, kamera, akcja - Lundgren zajmuje się nie tylko wymierzaniem filmowych kopniaków i ciosów, ale także jest reżyserem. Na koncie ma kilka produkcji klasy B, takich jak: Obrońca (2004), Mechanik: Czas Zemsty (2005), czy Morderczy występ (2009). Do tego ostatniego napisał nawet scenariusz.


Głową muru nie przebijesz, a pięścią owszem – Lundgren ma tak potężny cios, że jednym sierpowym ukręciłby głowę wielorybowi. Na śniadanie zjada metalowe pręty i popija kwasem solnym. To oczywiście żarty, ale historia, którą zaraz przeczytacie, jest jak najbardziej prawdziwa. Na planie Rocky IV Stallone postanowił dodać trochę realizmu do walk, dlatego wraz z Lundgrenem, grającym sowieckiego pięściarza Ivana Drago, postanowili bić się na prawdziwe ciosy. To był błąd. Dolph tak mocno uderzył Stallone’a, że ten musiał pojechać do szpitala, gdzie dochodził do siebie przez cztery (niektóre źródła podają, że było ich 8, a nawet 9) dni. A lekarze, gdy go pierwszy raz zobaczyli, myśleli że uderzył w niego samochód. Okazało się, że serce Sly’a… spuchnęło, przez co aktor miał podwyższone ciśnienie. Przerażające.

 
Na złodzieju Lundgren gore – W 2009 roku w Marbelli, w południowej Hiszpanii, do domu Dolpha włamało się trzech złodziei. Związali jego żonę i zaczęli przetrząsać posiadłość. Mieli już wychodzić, gdy… spostrzegli rodzinne zdjęcie. Kiedy zrozumieli, że włamali się do domu Lundgrena, rzucili łup i zaczęli uciekać w popłochu. 


Po więcej informacji zapraszamy na nasz fanpage!
I wcale im się nie dziwimy. Sto lat, Dolph!

Paweł Iwanina

czwartek, 4 września 2014

PULP HORROR: O miłości i śmierci ("Cementery Man" 1994)



Martin Scorsese nazwał go jednym z najlepszych włoskich filmów lat 90. Gdyby „O miłości i śmierci” miało przybrać formę fizyczną, byłby to królik w cylindrze z nogami pająka, ogonie gołębia i strusich piórach. A gdyby umiało mówić, zaczęłoby losowo cytować dramaty antyczne, dialogi z filmów Carpentera i życiorys Salvadora Dalego. Jednak i to nie oddałoby w pełni dziwności tego filmu.


"Cementery Man" wyreżyserował Włoch, obraz wyprodukowali Francuzi w kooperacji z Niemcami, a zagrali w nim angielscy aktorzy. Była nawet szansa na to, aby Amerykanie zajęli się dystrybucją, ale pomysł niestety szybko upadł. Koniec końców wydano ponad cztery miliony dolarów na erotyczny komedio-horror promowany hasłem: Zombies, guns and sex. Oh my!  

Przygoda głównego bohatera, Francesco Dellamorte, w rolę którego wciela się Rupert Everett ("St. Trinian's", "Stardust"), zaczyna się w momencie, w którym jednym celnym strzałem w głowę zabija on nieumarłego, próbującego dostać się do jego mieszkania. Francesco pracuje bowiem jako opiekun cmentarza, a jego obowiązkiem jest zabijanie nieumarłych, którzy wskutek działania tajemniczego wirusa wstają z grobu.

Mylą się jednak ci, którzy myślą, że tak oto, mamy do czynienia z kolejnym filmem o zombie. Nie tym razem. W "Cementery Man" akcja rozwija się w iście zawrotnym tempie, horror miesza się z tu z komedią, abstrakcja goni abstrakcję, do drzwi co chwilę puka noir, a nad wszystkim unosi się duch surrealizmu. Mało wam? Proszę bardzo. Na koniec to wszystko przerodzi się w egzystencjalny dramat...

Wszystko to za sprawą kobiety fatalnej (w tej roli Anna Falchi), która pojawia się na cmentarzu, aby opłakiwać swego niedawno zmarłego męża. Żałoba nie trwa jednak długo, bowiem po krótkiej wizycie w mauzoleum "Ona" zakochuje się z wzajemnością w Dellamorte. Wkrótce zakochani postanawiają dać upust namiętności na grobie wspomnianego męża, ten zaś przedwcześnie wstaje z martwych i zaskakuje rozebraną parę. Zanim głównemu bohaterowi udaje się go zabić, potwór gryzie jego ukochaną. Koniec zawiązania akcji, która ani na moment nie zwalnia tempa. Po chwili mamy więc do czynienia z zombie czerpiącymi energię z korzeni mandragory, poznajemy pomocnika Dellamorte, który zakochuje się w oderwanej głowie nieumarłej dziewczynki, a główny bohater wdaje się w dyskusję z samą śmiercią...

Fanów komiksowej serii o przygodach Dylan Doga, detektywa od spraw paranormalnych, zastanowi pewnie jego podobieństwo do postaci Dellamorte. Nic w tym dziwnego „O miłości i śmierci” jest bowiem ekranizacją powieści Tiziano Sclaviego, który swego czasu wymyślił także Doga. Ekranizacja była szumnie zapowiadana także ze względu na osobę reżysera - Michele'a Soavi, który współpracował z Terrym Gilliamem ("12 małp", "Las Vegas Parano") i był uważany za spadkobiercę Dario Argento. Niestety... Film fatalnie promowany i zupełnie niezrozumiany w 1994 roku, zaliczył finansową klapę. Zarobił niewiele ponad 250 tys. dolarów, co stanowi zaledwie 6% budżetu. 

Na szczęście z racji kultowego statusu - film doczekał się stosunkowo niedawno całkiem sensownego wydania na Blue Rayu. Jeżeli szukacie kinowej opowieści, która wypierze wam mózg lepiej niż niejeden narkotyk, "Cementery Man" jest pozycją dla was. Jak zwykł mawiać Francesco Dellamore: Death, Death, Death, the whore...



Horroru w horrorze: 2/10
Pulpy w pulpie: 8/10
Humoru przy piwie: 5/10
Seksu w momentach: 11/10 (są dwa – ale za to jakie!)

Rorschach



poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Coś na Progu nominowane w plebiscycie: Najlepszy magazyn!

FANTASTYKA 2013!
Już po raz siódmy serwis Katedra zaprasza do udziału w plebiscycie, w którym ocenie podlegają wydarzenia literackie i około-literackie związane z fantastyką 2013 roku. Czasopismo Coś na Progu zostało nominowane w kategorii "Magazyn", teraz potrzebuje Waszych głosów! 


Zacięta walka wciąż trwa, mamy niezłą pozycję, ale potrzebujemy jeszcze trochę Waszych chęci i czasu! :)

http://katedra.nast.pl/artykul/6737/Fantastyka-2013-plebiscyt/ 

wtorek, 4 marca 2014

Znamy już temat 10 numeru Coś na Progu!


Mamy przyjemność ogłosić, że tematem najnowszego 10 numeru Coś na Progu będą... Szaleni naukowcy i ich dzieła


Prezentujemy również zajawkę najnowszej okładki spod pędzla znakomitego Daniela "Gedeona" Grzeszkiewicza!


środa, 18 kwietnia 2012

Coś na progu recenzuje: Lennox (Craig Russell)

Nowe, stare noir

Retro-kryminał to ostatnio bardzo modna podgatunek. Książek odwołujących się do realiów dawnych ,,lepszych” czasów jest tyle, że coraz trudniej odróżnić tylko dobrą stylizację od literackich, kryminalnych perełek. Książka Lennox Craiga Russela ma ambicję, być jednym z takich skarbów.

Prywatny detektyw Lennox ma za sobą ponurą wojenną przyszłość i równie nieatrakcyjne perspektywy na przyszłość. Glasgow, nad którym wiecznie unosi się smog i groźba gruźlicy, nie sprzyja napływom uczciwych klientów. Kiedy podrzędny gangster prosi detektywa, aby ten zajął się śmiercią jego brata bliźniaka, Lennox odmawia nie chcąc nadepnąć na odcisk szefom lokalnej mafii. Sprawa komplikuje się, gdy jego niedoszły zleceniodawca kończy ze zmiażdżoną głową, a morderstwem zaczyna interesować się jeden z królów lokalnego podziemia.

Kryminalna intryga zaserwowana przez Craiga Russella rozpędza się szybko i nie daje czytelnikowi zbyt wiele okazji do wytchnienia. Lennox to chirurgicznie przeprowadzona operacja na splątanych tkaninie Glasgow. Nitka po nitce, poznajemy kolejne wątki spraw, które krzyżują się, splatają i rozchodzą w swoją stronę, by nieoczekiwanie znowu się spotkać. Przebieg śledztwa czytelnik poznaje z perspektywy Lennoxa, w którego życiu nie ma zbyt wiele miejsca na sentymenty i trwałe relacje z kobietami. Detektyw opowiada o wydarzeniach bogatym literackim językiem, który potrafi być niekiedy ostry jak żyleta. Autor ma swój zdecydowany styl. Pisze z nerwem i przekonaniem, któremu wielu może mu tylko zazdrościć. Skąd tak wysoki poziom książki Russella? Być może, po części wynika on z przeszłości pisarza, który przez pewien czas sam służył jako oficer policji. Jego postaciom nie sposób nie wierzyć. Mamy tu i typową zgraję gangsterów, policjantów i prostytutek, ale także kilka bardziej intrygujących charakterów, jak choćby wybijającą się ponad sztampę sylwetkę niepozornego płatnego mordercy.

Kapelusze, robotnicze dzielnice i stare samochody doskonale budują klimat ciemnej strony Glasgow. Czytelnik czuje, jakby rzeczywiście tam był - wdychał wyziewy fabryk i truł się miejskim smogiem miasta. Duszny to kryminał, ciemny od sadzy i brudny od krwi ofiar, która niemal lepi się do palców, kiedy czytelnik przewraca kolejne stronice książki. Russell nie pozostawia nikogo obojętnym, angażuję uwagę i zachwyca stylem. Do takiego Glasgow miło będzie wracać, zwłaszcza, że Lennox to dopiero początek.

Szymon Stoczek

środa, 11 kwietnia 2012

Coś na progu rozmawia: Wywiad z Marcinem Wrońskim (6 kul w magazynku)

W cyklu naszych szybkich wywiadów z pisarzami pod ostrzał dostał się autor kryminałów - Marcin Wroński. Sześć pocisków zaklętych w pytania posłał w jego stronę Szymon Stoczek. Zapraszamy do lektury:

 Szymon Stoczek: Duża część ,,Skrzydlatej trumny” dotyka przekrętu mającego miejsce w Lubelskiej Wytwórni Samolotów. Na końcu swojej książki zamieszcza Pan dodatkowo historię samej firmy. Skąd zainteresowanie tym miejscem?

Marcin Wroński: Głównie stąd, że nie tylko już go nie ma. Nie ma go do tego stopnia, że gdy przyjedzie Pan do Lublina i pójdzie na ulicę Wrońską, bardzo trudno będzie Panu sobie wyobrazić, że po jednej jej stronie było lotnisko, a po drugiej hangary, biura konstrukcyjne i warsztaty fabryczne. W powieściach o komisarzu Maciejewskim opisuję rudery, speluny i cuchnące bramy, ale także wielowymiarową dynamikę miasta, która po wojnie została zatracona – nie w tym sensie, że teraz nie ma dynamiki, ale w takim, że nie ma już wielowymiarowości. W moich retrokryminałach kluczem zawsze jest miasto, tak samo w Skrzydlatej trumnie, tylko tym razem bardziej skupiłem się na jego przemysłowej części. Natomiast nie jestem i nigdy nie byłem fanem lotnictwa, zainteresowałem się nim wyłącznie z powodów utylitarnych. Nie żałuję jednak, bo jak zwykle to bywa podczas moich poszukiwań dobrego tła kryminału, dotarłem do informacji bardziej nieprawdopodobnych niż jakakolwiek fikcja. Trudno uwierzyć, ale takie samo usterzenia ogonowe, jakie miał supertajny amerykański bombowiec z lat 80. F-117 Nighthawk, po raz pierwszy przetestowano właśnie w lubelskiej fabryce samolotów Plagego i Laśkiewicza. Oczywiście mój bohater, Zyga Maciejewski, zajmuje się sprawami kryminalnymi, nie wysokimi technologiami, więc w samej powieści dotykam głównie sposobów, jakimi państwo doprowadziło do wysiudania z interesu dawnych właścicieli fabryki, ale skoro pyta Pan o moje prywatne motywacje, to takie właśnie są – zachwyt i niedowierzanie, że w moim mieście, w zakładzie, który stale borykał się z problemami finansowymi, powstawały znakomite, niedoceniane konstrukcje.

Szymon Stoczek: W jednym z felietonów wyznał Pan, że nie boi się horrorów, rzeczywiście jest z Pana taki twardy, nieustraszony racjonalista?

Marcin Wroński: Mój felieton oczywiście operuje przerysowaniem, nie jestem nieustraszony. Jestem jednak racjonalistą i zapewne dlatego wolę być pisarzem kryminałów niż horrorów. To nie jest tak, że nie cenię literatury grozy, z przyjemnością czytywałem ją jeszcze jako filolog, z nieco mniejszą jako redaktor, a już zupełnie bez przyjemności prywatnie, jako zwykły czytelnik. Jako zwykłego czytelnika bardzo mnie ona nudzi.

Szymon Stoczek: Pana cykl drobiazgowo oddaje realia historycznego Lublina. Jak dużo czasu poświęca pan na research, a ile na pisanie samych książek?

Marcin Wroński: To trudno zmierzyć, bo oba te elementy mojej pracy często mieszają się ze sobą. Byłoby bardzo miło mieć tyle czasu, aby najpierw poświęcić kilka miesięcy na samo zbieranie informacji, a potem znów kilka na samo pisanie. Wtedy nie tylko moja wiedza byłaby bardziej uporządkowana i czułbym się mądrzejszy, ale też mógłbym Panu odpowiedzieć bardziej precyzyjnie. Wydaje mi się, że jest pół na pół, z tym że część reasearchu wykonuję podczas pisania, bo np. nagle potrzebuję sprawdzić, na ile guzików zapinał się policyjny mundur albo o której godzinie odjeżdżał pociąg z Lublina do Warszawy. Niektórych potrzebnych elementów nie sposób przewidzieć na wstępie, dopiero podczas pisania ujawniają się braki. To jednak tworzy pewien chaos, bardzo nieprzyjemny dla racjonalisty, prawda?

Szymon Stoczek: Którą z części cyklu o Maciejewskim ceni Pan sobie najbardziej, a którą najmniej?

Marcin Wroński: Nie chciałbym zohydzać moim czytelnikom żadnej z moich książek, zwłaszcza że zdania na temat tego, która jest najlepsza, są podzielone. Za literacko najlepszą uważam A na imię jej będzie Aniela, chociaż szczególny sentyment mam do Kina Venus – to najweselsza odsłona cyklu, przy której podczas pisania nieraz zaśmiałem się sam do siebie, a praca nad nią była czystą radością. No i ten reasearch, który polegał m.in. na oglądaniu przedwojennych filmów i zdjęć pornograficznych! Najmniej lubię właśnie Skrzydlatą trumnę, ale w żadnym razie nie dlatego, że uważam ją za książkę nieudaną. Tu po raz pierwszy reasearch przerósł kompetencje mojego komisarza i wielu interesujących mnie spraw nie mogłem zawrzeć w książce. Historia lubelskiej fabryki samolotów aż się prosi o powieść, w której główną rolę odegrałaby jakaś wyimaginowana komisja śledcza albo zespół z komendy głównej policji – to materiał na drugą powieść: retro-polityczno-sensacyjną. Tymczasem Maciejewski jako prowincjonalny glina na wiele spraw ma za krótkie ręce, o wielu sprawach zwyczajnie nie może wiedzieć, tym bardziej nie może się nimi zajmować. Stąd po postawieniu ostatniej kropki mam pełną świadomość niewykorzystaniu potencjału, jaki dawał materiał. Natomiast cenię sobie Komisarza Maciejewskiego jako cykl, a zwłaszcza to, że przynajmniej do tej pory udawało mi się tak konstruować jego poszczególne odsłony, że pasują do siebie, a zarazem każda jest inna w temacie i nastroju.

Szymon Stoczek: Pracuje Pan nad następną książką ,,Pogrom w przyszły wtorek” czy może Pan zdradzić w jakich latach i jakiej sprawy tym razem będzie dotyczyć akcja?

Marcin Wroński: Myślę, że będzie to jedna z bardziej lubianych przeze mnie książek, bo dotyczy interesującego zdarzenia – pogromu Żydów w Lublinie tuż po zakończeniu wojny. Mówię „interesującego”, a nie „tragicznego”, bo w przeciwieństwie do pogromów w Krakowie czy w Kielcach, w Lublinie nie doszedł on do skutku. Nie wiadomo dlaczego tutejsza bezpieka zachowała się jak policja, a nie jak mafia polityczna. Bo wtrącił się jakoś komisarz Maciejewski? Poza tym rok 1945 to też ciekawy moment w życiu Lublina jako miasta, które cierpi biedę, które przed chwilą było stolicą nowej Polski, ale właśnie być nią przestało, które nie wie, co będzie dalej, i bardzo po lubelsku przypuszcza, że nic dobrego…

Pytanie od Czytelników na blogu „Coś na progu”:
Artykuły, teksty kabaretowe, opowiadania, scenariusze, wreszcie, powieści - czytałam, że dopasowuje Pan konwencję do historii, którą chce opowiedzieć. Mam jednak pytanie: która z tych form jest dla Pana największym wyzwaniem, a która przychodzi w sposób niejako naturalny?
Marcin Wroński: Trudne pytanie, bo niektóre z tych form to już sprawa przeszłości, niekiedy całkiem odległej. Nie piszę już tekstów kabaretowych, natomiast wszelkiego rodzaju komediowe wstawki w kryminałach piszą mi się same. Bardzo lubię pisać opowiadania, bo to bardzo odświeżające dla kogoś, kto siedzi głównie nad powieściami. Natomiast im dłużej siedzę nad powieściami, tym bardziej nie lubię pisania scenariuszy. Bardzo się męczę, przestawiając głowę na zupełnie inny rodzaj myślenia. Jako powieściopisarz dążę do formy możliwie kompletnej, która pozostawia jedynie wąskie szparki na wyobraźnię czytelnika i za którą tylko ja jestem odpowiedzialny. Natomiast scenariusz jest jedynie partyturą, a grać będzie ktoś inny i w dużej części od tego, jak on zagra, zależeć będzie efekt. Właśnie to myślenie pod grającego, a nie pod tekst, jest najtrudniejsze i najbardziej frustrujące, bo trudne do przewidzenia.
 Dziękujemy za rozmowę!

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Coś na progu recenzuje: "Skrzydlata trumna" (Marcin Wroński)

Uskrzydlić Lublin...

Przedwojenny Lublin to żadna spokojna mieścina. Pod osłoną nocy na jaw wychodzi druga twarz miasta: gangi handlujące morfiną, drobni przestępcy i wytrawni gracze, którzy nie zawahają się przed niczym, by bronić swoich interesów.

W roku 1936 w Lubelskiej wytwórni Samolów, stróż nocny, niejaki Suska, popełnia samobójstwo. Śledztwem ma zająć się Maciejewski, który dostaje rozkaz szybkiego umorzenia sprawy. Proste z pozoru zadanie komplikuje się, kiedy lokalna gazeta dociera do nowych faktów dotyczących Suski. Maciejewski nie licząc się z konsekwencjami ignoruje odgórny nakaz milczenia i zaczyna prowadzić śledztwo na własną rękę. Wplątuje się w grubą intrygę, której szczegóły pozna dopiero po II wojnie światowej przesiadując w rosyjskim areszcie.

Wroński w,, Skrzydlatej trumnie” skonstruował bohatera skomplikowanego, który na dodatek ciągle ewoluuje. Maciejewski to postać o co najmniej kilku twarzach. Nieprzewidywalny i niekiedy zawadiacki wyrasta na jednego z barwniejszych bohaterów, jakiego czytelnik może sobie tylko wymarzyć. Autor rozbudowuje wątki poboczne z poprzednich części cyklu, okraszając je jak zwykle historycznym sztafażem. Na szczęście nie popada przy tym w faktograficzną manię. Jego książka nie jest kompilacją turystycznego przewodnika i retro-kryminału. Wrońskiego cechuje skrupulatność, ale także językowy rozmach, który umiejętnie wykorzystuje kreśląc zarazem pejzaż przestępczego półświatka jak i charaktery pobocznych postaci. Miłośnicy lubelskiej sagi znajdą tu rozwinięcie dylematów sygnalizowanych w poprzednich częściach. Nie zabraknie nawiązań do morfinowego nałogu Róży, rozmów Maciejewskiego przy butelce spirytusu, ani tarć ze współpracownikami policji.

Oszczędne opisy miejsc i sporo dialogów w pierwszej chwili kojarzą się z budową scenariusza filmowego. Wroński nie pozostaje jednak na etapie lapidarnej mowy, lecz pozwala postacią żyć własnym życiem. Cudownie wypada scena, kiedy rozmarzona pracowniczka biblioteki snuje na temat Maciejewskiego romantyczno-kryminalne przypuszczenia. Autor umiejętni bawi się stylizacją, czyniąc co niektóre fragmenty książki lekkimi, a zarazem bogatymi w rozmaite konteksty. Czy jednak znajomość historycznych realiów i dobry styl wystarczą, aby dodać lekturze skrzydeł?

Wroński zatacza w ,,Skrzydlatej trumnie” beczki i wykonuje ryzykowne akrobacje. Nie jest to lot nurkowy, ale nie jest to też bezproblemowe wznoszenie się ku niebu - mam raczej wrażenie, że fabularny silnik lekko się miejscami krztusi i rzęży. Rozgrywanie książki w dwóch planach czasowych kosztuje nieco impetu. Akcja nie toczy się z prędkością F-16, a raczej Iskry. Duża ilość pobocznych wątków i dygresji miejscami odciąga uwagę od kryminalnej oprawy. Napięcie w książce skacze jak igła wysokościomierza – raz fabuła gna do przodu, by nagle ugrzęznąć na pułapie rozmów z sąsiadką czy opisów brutalnego przesłuchania, które dla fabularnego silnika mają drugorzędne znaczenie.

,,Skrzydlata Trumna” broni się w moim odczuciu lepiej jako element cyklu, niż jako samotna historia. Stali czytelnicy Wrońskiego będą mogli śledzić dalsze losy dobrze znanych im postaci i obserwować jak te zmieniają się na przestrzeni lat. Tym jednak, którzy chcieliby dopiero poznać kryminalne zagadki Lublina, zalecam sięgnąć najpierw po poprzednie książki Wrońskiego. Dzieje Maciejewskiego zdecydowanie warto poznać, ale i samolotu nie zaczyna się przecież oglądać od ogona. 

Szymon Stoczek 

Szukaj