Adres facebook

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą paweł iwanina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą paweł iwanina. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 października 2015

Grafika z okładki pierwszego numeru "Złotej Ery Komiksu"

Prezentujemy grafikę, która znajdzie się na  okładce nadchodzącego, pierwszego numeru magazynu "Złota Era Komiksu". Dokładna zawartość pisma ujawniona zostanie już niebawem, zdradzę tylko, że potwór Frankensteina nie pojawia się na okładce przypadkowo :)


poniedziałek, 27 kwietnia 2015

[Złoty Poniedziałek] Demoniczny bóg pulpy - Myron Fass

Jeżeli w Ameryce lat 70. była brudna robota do zrobienia, pojawiał się On. Człowiek, który potrafił sprzedać absolutnie wszystko. Zawsze schowany w cieniu unikał obiektywów reporterów, przez co w świadomości ludzi praktycznie nie istnieje. Poznajcie legendę człowieka imieniem Myron Fass.
 
Wszechstronny

Mgła osnuwająca jego życie rzednieje dopiero wtedy, gdy w wieku 22 lat zaczyna rysować pierwsze komiksy. Nie ograniczał się w żaden sposób ani do gatunku, ani do wydawnictwa. Był elastyczny i brał każdą robotę, jaką napotkał. Pracował w ten sposób aż przez osiem lat, z roku na rok nakładając większe tempo. Niekiedy zdarzało się, że Fass ilustrował całe zeszyty komiksowe, zostawiając jedynie kilka stron dla innych autorów, jak w przypadku magazynu Love Doctor, gdzie publikował ckliwe romansidła (przeważnie według własnego scenariusza!), czy Black Diamond Western.

Złota Era, chłopcze!

Jako rysownik miał już ugruntowaną pozycję w świecie komiksu złotej ery. Nie trwało to jednak długo – na mocy Comics Code Authority historie, których tworzenie sprawiału mu przyjemność w zasadzie zniknęły z rynku – ostały się tylko te niszowe, które miały już rzeszę wiernych czytelników. Fass zajmował się dosłownie wszystkim, co związane z komiksem. Zostało mu tylko jedna gałąź, w której do tej pory nie miał okazji się sprawdzić.

Zamiast rysować poświęcił się karierze wydawniczej. I wyszło mu to świetnie. Dzięki temu stał się jednym z najwybitniejszych popularyzatorów pulpy z ostatniego pięćdziesięciolecia.

Fass nie bał się niczego – parał się komiksowym horrorem, wskrzeszał upadłe magazyny pulpowe takie jak Terror Tales, czy Horror Tales, wydawał kryminały i historie o Kapitanie Marvelu, a także serię magazynów dla mężczyzn i entuzjastów broni palnej. Nie wspominając o tabloidach, magazynach telewizyjnych, czy magazynach poświęconych UFO – Ancient Astronauts, Offical UFO, czy Close Encounters of the Fourth Kind. Sprzedawał, tworzył i promował wszystko, co tylko – wedle jego opinii – mogło się sprzedać. W tym okresie został nazwany demonicznym bogiem pulpy.

Demoniczny bóg pulpy

Złota era Mayrona Fassa przypadła na lata 70., kiedy stał się największym wydawcą magazynów w Stanach Zjednoczonych. Jego rekordem było pięćdziesiąt(!) magazynów miesięcznie, które wychodziły pod egidą jego licznych firm wydawniczych. 

Moda na ciemniejsze oblicze pulpy stopniała na końcu lat 70., kiedy to do amerykańskiej świadomości dochodził powoli splendor nadchodzących lat 80. Mimo to Myron Fass działał dalej, choć mniejszym sumptem i ze znacznie skromniejszą kolekcją gazet.

Jego ostatnim projektem była firma Creative Arts wydająca magazyny dla miłośników broni. Były lata 90., a Fass dochodził siedemdziesiątki. Po latach ciągłej walki o dobrą sprzedaż przygniotła go paranoja, przez którą przestał się odzywać i stał się podejrzliwy. Poszedł wtedy za namową rodziny na zasłużoną emeryturę. Nieniepokojony w ostatnich latach swojego życia przez nikogo zmarł na słonecznej Florydzie w połowie lat dwutysięcznych, zostawiając po sobie pokaźny komiksowo-pulpowy dorobek.

Żółte dziennikarstwo?

Patrząc się z perspektywy dzisiejszej na działalność Fassa trzeba powiedzieć, że nie wszystko co tworzył, było dobre - wśród jego tytułów wiele było w konwencji tzw. żółtej prasy, czyli tytułów, które bazowały na niesprawdzonych doniesieniach, niezweryfikowanych informacjach, nastawionych na tanią sensację tabloidach, których tworzenie miało tylko jeden cel - miało dostarczyć mu gotówki na produkcję tego, co zawsze go pasjonowało - magazynów komiksowych.

Pamiętajcie o Myronie Fassie. W końcu demoniczny bóg pulpy może być tylko jeden.

Jeżeli chcesz przeczytać więcej o złotej erze komiksu zapraszam do śledzenie informacji na temat naszego najnowszego magazynu - Coś na Progu: Złota Era Komiksu

Paweł Iwanina

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Komiks, który rozśmieszał Amerykę [Złoty Poniedziałek]

Cykl wpisów Złoty Poniedziałek poświęcony będzie komiksom – najczęściej tym, ze Złotej Ery Komiksu. Postaram się przybliżyć wszystko, co z komiksem jest związane w dobrej i przejrzystej formie. Zaczniemy od lutego 1948 roku, kiedy to nakładem wydawnictwa St. John wychodzi pierwszy numer 36 stronicowego komiksu Abbot and Costello.


Takich trzech, jak nas dwóch...

Były to zeszyty robione na licencji uzyskanej od wytwórni Universal, która zajmowała się produkowaniem filmów z tytułową parą. Abbott i Costello byli komediowym duetem, który od początku lat 40. rozbawiał całą Amerykę do łez. Nie była to zwyczajna para, która od czasu do czasu miała uświetniać nudne uroczystości – w tamtym okresie nie było osób, które mogłyby się z nimi równać. 

Są autorami jednego z najbardziej rozpoznawalnych skeczy - grze słów. Nazywał się „Who’s on first?” i polegał na tym, że wysoki, szczupły i wyważony Abbot tłumaczył pozycje i nazwiska graczy baseballa swojemu niskiemu, tęgiemu i porywczemu partnerowi – Costello. Witz rozchodził się o dwuznaczność nazwisk – jeden nazywał się Kto, drugi Czemu – a na każdy występ modyfikowali listę graczy. Brzmiało to mniej więcej tak:

- Kto jest pierwszy?
- Kto.
- Kto?
- Kto jest pierwszy!

„Who’s on first” znalazło się w liście 100 najlepszych cytatów według Amerykańskiego Instytutu Filmowego. 

Zapełniamy rynek

Abbot i Costello byli hitem – pojawiali się w radiu, telewizji, filmie, kreskówkach, a nawet w tekstach piosenek. Byli bezkompromisowi, nieugięci i przez ponad 20 lat ciągle na dobrym poziomie. Niestety, przez kodeks Haysa – konserwatywny zbiór zakazów dotyczących możliwości pokazywania danych scen w kinematografii – wydźwięk ich filmów musiał być złagodzony. 

Do rzeczy, których nie można było pokazać na ekranie wybrano komiks, chociaż pierwotnie nie taki był zamysł. Pierwsza historia z lutego 1948 roku to przerysowana na papier fabuła filmu z duetem Abbot&Costello - The Wistful Widow of Wagon Gap z 1947 roku. Później zamiast uciekać się do adaptacji, zaczęto wychodzić z własnymi inicjatywami. Pojawiały się parodie westernów, kryminałów, thrillerów, a nawet fantasy. Wszystko w dowolnej komediowej konwencji – żonglowano gatunkami, obśmiewano polityków i systemy gospodarcze, pojawiały się komentarze na bieżące sprawy polityczne, a wszystko to ukryte pod celnymi ripostami Abbota i Costello.

Po tym, jak prawy górny róg okładki zaczęła zasłaniać pieczątka „approved by comic code authority” seria przetrwała tylko 2 lata. Do 1956 roku zdążyło ukazać się 40 bardzo dobrych, choć miejscami nierównych numerów. 
 
Nie taki szybki koniec

Koniec komiksowej serii zbiegł się ze spadkiem zainteresowania wyczynami Abotta i Costello, którzy kilkanaście lat wcześniej wyparli Flipa i Flapa, a teraz sami mieli być wyparci przez nowy duet – przystojnego, wysportowanego i uwodzicielskiego Deana Martina i jego partnera, wyjątkowo pociesznego Jerry’ego Lewisa. 1956 rok to także ostatni poważny film z gasnącymi sławami. Ameryka o nich zapomniała.

Po 11 latach nieobecności, w 1967 roku powrócili – najpierw w wersji animowanej The Abbott and Costello Cartoon Show, pięciominutowych skeczach na zlecenie Hanna-Barbera, a później znów zagościli na kartach komiksu. Serię wydawało wydawnictwo Charlton, miała 22 zeszyty i ostatecznie umarła w 1971 roku. Od swojej starszej siostry odbiegała poziomem, a swoją popularność osiągnęła dzięki zamiłowaniu Ameryki do nostalgii.

Jak na razie nie zanosi się ani na reedycję, ani na nowe przygody komediowego duetu. Chociaż przyglądając się ostatniemu trendowi, w którym do łask powraca retro i vintage nie powiedziałbym, że jest to aż tak bardzo nierealna myśl.

Paweł Iwanina


Grafiki

Na koniec kilka grafik. Różnice między rokiem 1954 a 1955, czyli wprowadzeniem Comic Code Authority widać gołym okiem:

Okładka sprzed Comic Code Authority
A tutaj już po liftingu.
               

piątek, 6 marca 2015

Świat Czytników chwali elektroniczne wydanie darmowego "Coś na Progu"!

Nareszcie. Wiele miesięcy pracy mamy za sobą i w końcu oddajemy w Wasze ręce elektroniczne wydanie #10 CNP w wersji na czytniki. W środku znajdziecie m.in. premierowy fragment nadchodzącej powieści o przygodach Tequili oraz szort komiksowy z naszą maskotką w roli głównej. Sprawdźcie także koniecznie jak elektroniczne wydanie CNP ocenił serwis "Świat Czytników". Numer możecie pobrać z naszej strony w dowolnym formacie: POBIERZ...




poniedziałek, 3 listopada 2014

Sto lat, Dolph!

Dzisiaj swoje urodziny świętuje jeden z najbardziej charakterystycznych bohaterów kina akcji lat 90., potężnie umięśniony, z wyraźni zarysowaną szczęką, nadającą jego twarzy wygląd zabijaki, dwukrotny mistrz Europy w karate, a przy okazji magister chemii i niezwykle uczuciowy człowiek – Dolph Lundgren. Z tej okazji – kilka ciekawostek.

Nie oceniaj książki po okładce – Lundgren włada siedmioma językami, w tym trzema biegle – francuskim, szwedzkim i angielskim, a jego IQ wynosi trochę ponad 160.

Człowiek wielu talentów – Lundgreen służył w wojsku w oddziale marines. Na dodatek był tam kapitanem… drużyny pięcioboju nowoczesnego. Tego jednak było mu mało, dlatego już po służbie dwa razy zdobył mistrzostwo Europy w karate kyokushin.

Nie tylko pięścią Lundgren żyje – Studiował matematykę, fizykę i chemię i to na najwyższym poziomie – dostawał liczne, prestiżowe stypendia. Licznie również zmieniał uczelnie – najpierw Szwecja, potem Australia, a na samym końcu USA. Dokształcał się nawet w MIT, najlepszej politechnice na świecie.

Przestań się rumienić!  - powodem, dla którego intensywnie trenował i pobierał nauki jest fakt wybitnej… nieśmiałości Lundgrena. W jednym z wywiadów wyjaśniał, że była to jedna z metod radzenia sobie z tym problemem.

Światło, kamera, akcja - Lundgren zajmuje się nie tylko wymierzaniem filmowych kopniaków i ciosów, ale także jest reżyserem. Na koncie ma kilka produkcji klasy B, takich jak: Obrońca (2004), Mechanik: Czas Zemsty (2005), czy Morderczy występ (2009). Do tego ostatniego napisał nawet scenariusz.


Głową muru nie przebijesz, a pięścią owszem – Lundgren ma tak potężny cios, że jednym sierpowym ukręciłby głowę wielorybowi. Na śniadanie zjada metalowe pręty i popija kwasem solnym. To oczywiście żarty, ale historia, którą zaraz przeczytacie, jest jak najbardziej prawdziwa. Na planie Rocky IV Stallone postanowił dodać trochę realizmu do walk, dlatego wraz z Lundgrenem, grającym sowieckiego pięściarza Ivana Drago, postanowili bić się na prawdziwe ciosy. To był błąd. Dolph tak mocno uderzył Stallone’a, że ten musiał pojechać do szpitala, gdzie dochodził do siebie przez cztery (niektóre źródła podają, że było ich 8, a nawet 9) dni. A lekarze, gdy go pierwszy raz zobaczyli, myśleli że uderzył w niego samochód. Okazało się, że serce Sly’a… spuchnęło, przez co aktor miał podwyższone ciśnienie. Przerażające.

 
Na złodzieju Lundgren gore – W 2009 roku w Marbelli, w południowej Hiszpanii, do domu Dolpha włamało się trzech złodziei. Związali jego żonę i zaczęli przetrząsać posiadłość. Mieli już wychodzić, gdy… spostrzegli rodzinne zdjęcie. Kiedy zrozumieli, że włamali się do domu Lundgrena, rzucili łup i zaczęli uciekać w popłochu. 


Po więcej informacji zapraszamy na nasz fanpage!
I wcale im się nie dziwimy. Sto lat, Dolph!

Paweł Iwanina

Szukaj