„Niech
żyje wojna! Muzyczka marsza rżnie! Wojna!” Trailer najnowszej części
niezniszczalnych przywitał widza brytyjskim marszem pułkownika Bogeya, do którego
po wojnie Stanisław Grzesiuk zaadaptował słowa, w wyniku czego wykonał najpopularniejszy
polski protest-song. A więc – niech żyje wojna! I niech żyją Niezniszczalni. Trzeba
im życzyć jak najlepiej, gdyż ciężko będzie im powrócić do gry po wyraźnie
słabszej części.

Zawód producenta i reżysera
niesie za sobą podwyższone ryzyko. Stallone je podjął. Cykl Niezniszczalnych z
początku miał być czymś więcej niż tylko kolejnym produktem amerykańskiej
przetwórni scenariuszy, miał być hołdem dla filmów akcji lat 80. I 90. Odpowiednia
doza wybuchów, niekontrolowanej agresji, walk na pięści i długich pojedynków na
broń białą, a wszystko to w otoczeniu grepsów,
onelinerów i bycia twardzielem, który pływa w adrenalinie.
Niestety, Stallone zdał się zapomnieć, o co właściwie w tych Niezniszczalnych
chodzi.
 |
- Jak ciężko jest zabić dziesięciu ludzi?
Ty, potrafisz ranić chociaż dwóch? |
W części trzeciej do rozgrywki
wkracza Stonebanks, czarny charakter, handlarz bronią na dużą skalę, a przy
okazji były członek ekipy Barneya Rossa (Sylvester Stallone), grany przez Mela
Gibsona. Ten musiał się zdziwić, gdy zadowolony z kontraktu Stallone
zaproponował mu w pakiecie stanowisko reżysera. Gibson odmówił. Nie
przeszkodziło mu to w zagraniu bardzo dobrej roli – śmiertelnego wroga Barneya
Rossa. Mamy tutaj klasyczny przykład konfliktu. Stonebanks i Ross razem
zakładali Niezniszczalnych, byli najlepszymi przyjaciółmi, ale poróżnił ich
stosunek do pieniędzy. Ross po zażartej walce strzelił więc kilkukrotnie do
swojego przyjaciela myśląc, że kończy sprawę. Stonebanks przeżył dzięki
kamizelce kuloodpornej. Teraz następuje starcie ostateczne.
 |
Płaskie postaci w natarciu - czekają na ratunek. |
Pierwszy i najbardziej bolesny
filmowy zgrzyt to bolesna papierowość postaci. Oczywiście Niezniszczalni nie
przyzwyczaili do bogatych portretów psychologicznych – te zawsze utrzymywały
się na bardziej lub mniej nadwątlonej sławie twardziela z ról poprzednich.
Nawet najmłodszy z nich, Statham, zdążył obić kilka filmowych mord zanim
powstali Niezniszczalni. Tych ludzi nie trzeba było przedstawiać. Wystarczyło
postawić muskularnego Stallone, czy Chucka Norrisa pod światło, wsadzić w zęby
cygaro, w rękę broń, puścić klimatyczną piosenkę i nagle wszystkie pytania:
dlaczego? po co? odchodziły w niepamięć. W Niezniszczalnych 3 Barney Ross
rozstaje się ze swoją ekipą, mając zamiar polować na Stonebanksa z pomocą
młodych uczniaków, amatorów nienawykłych do prawdziwych najemniczych akcji. I
tak rekrutuje: Thorna (Glenn Powell), Marsa (Victor Ortiz, pięściarz), Lunę
(Ronda Rousey, amerykańska mistrzyni MMA, która przez cały film nachalnie uzurpowała sobie prawo do bycia pięknością - nieskutecznie) oraz Smilee (Kellan Lutz, jedna z głównych
postaci w… „Zmierzchu”). Stallone nawet nie silił się, żeby jakkolwiek zbudować
psychologię postaci, rozwinąć przyjaźnie i konflikty między nimi – są niczym
jednostki z gier strategicznych, różniące się od siebie tylko rozkładem
statystyk.
 |
Barney Ross po raz pierwszy bez wąsów. Rewolucyjna zmiana. |
Następuje konflikt między starym,
a nowym. Nie tylko na ekranie, ale poza. Młodzież bowiem wprowadza zupełnie
nową jakość do akcji Niezniszczalnych: są cisi, niezauważeni, korzystają z
dobrodziejstw technologii i za wszelką cenę unikają wybuchów. Jednak czy to
dlatego oglądamy Niezniszczalnych? Stallone w jednym z wywiadów wspomina, że
chciał oddać pole młodym aktorom i chciał odejść od konwencji filmu akcji lat
80. Konia z rzędem temu, kto przekona o słuszności tej decyzji. Czymże bowiem
różni się młodzieniec z nożem od Stathama z nożem? Tym, że ten pierwszy po
prostu nie jest Stathamem. A przecież tutaj o Stathamów, Schwarzeneggerów i
Stallone’ów chodzi.
 |
- Podobno zabiłeś więcej ludzi niż dżuma.
- Doprawdy? |
|
Na szczęście z opresji ratuje
widza Stonebanks, który porywa całą eskapadę amatorów. Barney Ross musi ich
uratować. Tutaj zaczyna się walka po całości, gdyż do gry włączają się dwie
osoby: Wesley Snipes i Antonio Banderas. Niezniszczalni ratują Snipesa z rąk
watażki po ośmiu latach więzienia. Doctor, bo tak brzmi jego filmowy pseudonim
(nawiązuje on do Josepha Mengele, lekarza w Auschwitz, nazywanego Doktorem
Rzeźnikiem) zapytany o powód tak długoletniego pobytu w więzieniu odpowiada, że
miał problem z PiTami – oszukiwał na podatkach. To oczywiste nawiązanie do
przeszłości Snipesa – w 2010 roku został skazany na 3 lata więzienia za
oszustwa podatkowe. I gdyby nie ten incydent, to nie Terry Crews, a Snipes
właśnie grałby rolę Caesara. Mimo wszystko w nowej roli radzi sobie wyjątkowo
dobrze - jako eks-medyk-zabijaka specjalizujący się w rzucaniu nożami.
 |
- Masz na imię Luna, prawda? Luna to księżyc. Hipnotyczny, tajemniczy, magiczny, jak ty.
Zachcesz potrzymać moją broń? |
Równie dobrze z bronią radzi
sobie Antonio Banderas. W Niezniszczalnych wciela się w postać Galgo, narwanego
hiszpańskiego matadora, zabójcy, który swoim niekończącym się monologiem doskwiera
innym niezniszczalnym. Banderas wprowadza do filmu niezwykle potrzebny efekt
komizmu i trzyma go w całości – jest elementem spajającym całą formułę Stallone’a.
Prawdopodobnie myśl o tym, że marka powoli dogasa i że nikt już nie chce
oglądać góry mięśni i testosteronu na modłę lat 80. powiodła go ku zgubnej
decyzji – postanowił zrobić wszystkim dobrze.
 |
Szaleni. Genialni, ale szaleni. W roli agenta CIA tym razem Harrison Ford. |
Amatorzy nowoczesnych filmów
akcji odnajdą tutaj trochę dla siebie – dynamiczne, trzymające w napięciu
sceny, nowinki technologiczne, odrobinę hakowania i taktyczne szturmowanie.
Fani klasycznej rozwałki odnajdą miejscami zabawne dialogi, bezkompromisową
destrukcję, czy wyważanie drzwi strzałem z shotguna. Wydaje się, że Stallone
chciał pogodzić ze sobą dwie filozofie:
uważam,
że w Niezniszczalnych 3 udało się nam wszystko dobrze wyważyć. Jest humor, nie
ma tyle puszczania oczka do widza i stylizacji na lata 80. To współczesne kino
akcji, które zyskało na świeżości dzięki odmłodzeniu obsady. – mówi w
wywiadzie. Nie potwierdzają tego ani wyniki finansowe, ani recenzje, ani oceny –
te nigdy nie były zbyt łaskawe, ale twórców dotknęły chyba najbardziej – film bowiem
zrobiony jest w bardzo dobrym stylu. Wszystko od strony technicznej stoi na
wysokim poziomie, o którym poprzednie dwie części mogłyby tylko pomarzyć. Tę
pustkę widać również na przykładzie muzyki użytej do Niezniszczalnych. Podczas
gdy wcześniej Niezniszczalnym towarzyszyła muzyka prawdziwie niezniszczalna,
która powstawała w czasach młodości Stallone, jak
Keep Your Hands to Yourself, czy
The Boys Are Back in Town, w części trzeciej są to utwory
zdecydowanie nowsze, nieznane amatorom kina akcji lat 80. i zapomina się o nich
tak szybko, jak o całej czwórce nowych niezniszczalnych.
Można pocieszać się małymi,
ukrytymi nawiązaniami, takimi jak przynależność Stonebanksa do jednostki SASR,
jako nawiązanie do jego pierwszej roli w Ataku
jednostki Z (1982) czy klasycznymi postaciami na ekranie, jak Harrison
Ford, który na planie pojawił się zamiast Mr. Churcha, czyli Bruce’a Willisa,
ten bowiem zażądał za cztery dni zdjęciowe czterech milionów dolarów, a nie
trzech, jakie proponował mu Stallone. To jednak nie wystarczy. W
Niezniszczalnych dalej drzemie potencjał, żeby nawzajem kradli swoje odzywki,
nabijali się z siebie i atakowali wszystkich wokoło broniami o ogromnym
kalibrze. Odejście od tej formuły było czymś, na co Stallone nie powinien
pozwolić. Po raz pierwszy Niezniszczalni posiadają notę PG-13 – może być nieodpowiedni dla osób poniżej 13
roku życia a nie R, w którym granica wiekowa to 17. Przykłady można mnożyć,
ale pozostaje nadzieja na to, że kolejne części powrócą do macierzy. Na to
liczymy!
Paweł
Iwanina
0 komentarze:
Prześlij komentarz