Adres facebook

czwartek, 7 maja 2015

Wampiryczne country śmierci - The Coffinshakers

Poznajcie Roba. Rob jest dziwny. Śpiewa o wampirach, wiedźmach i wilkołakach, ubiera się na czarno i jest odrobinę przerażający. Podobnie jak jego muzyka.


Nie, nie jestem wampirem, nieumarłym też nie. 
Smak krwi odpowiada mi, to nie fikcja – odliczam dni! 
Kiedy przyjdę, usłyszysz ich krzyk
Drakula powstał z martwych!


Cytat z utworu Dracula has risen from the grave dobrze oddaje charakter The Coffinshakers. To jeden z z najoryginalniejszych zespołów z jakimi przyszło się nam zetknąć. W swoich utworach sięgają do popkulturowej grozy – Drakuli, zombie, demonów, czarownic i wychodzi im to naprawdę dobrze.

Frontmanem zespołu jest Rob Coffinshaker (a właściwie Rob Fjällsby). Jako nastolatek swoją przyszłość lokował w death metalu. Początkowo grał na perkusji, ale szybko porzucił ją dla śpiewu i gry na gitarze. Jako piętnastolatek wraz z różnymi zespołami nagrał 5 dem, ciągle poszukując swojej drogi. Rok później to czas pierwszej płyty Szweda.

W 1995 roku powstał band The Coffinshakers, dzięki któremu Rob zmienił się nie do poznania. Jego szafa zaczęła przypominać dyspozytornię funeralnych garniturów, a on sam zaczął dziwaczeć. Pasję do starych horrorów i motywów grozy przekuł w muzykę.

Ma głęboki, niski głos i jak sam twierdzi - gra wampiryczne country śmierci.

Udało im się wydać dwie, utrzymane w ponurym tonie, płyty – The Coffinshakers (2007) i We are the Undead (2000). W każdym utworze dostrzec można nawiązania do horroru. Pojawiają się tam między innymi:

 Budzące się po zachodzie słońca wampiry
Return of the Vampire


Czarownice i pojawiające się podczas Nocy Walpurgii demony
Walpurgis Night


Klątwę grobowca mumii
Curse of mummy's tomb


Mroczne cmentarze i groby
You call this graveyard, i call this home


Na dokładkę polecamy ciekawie zrealizowany teledysk The Coffinshakers do Last night down by the grave z ostatniej płyty. Idealna romantyczna ballada, w której wybranka jest... No właśnie.




Klaudia Stępień

poniedziałek, 4 maja 2015

[Złoty Poniedziałek] Krwiożercze jaszczury fantasy, czyli pierwsze horror-komiksy

Elementy nadnaturalne, przemykające potwory, odkrywane lęki i oddziaływanie na emocjach. Wszystko to przyprawione szczyptą tajemnicy. Horrory od dawnych lat bawią i straszą ludzkość, wzbudzając silne odczucia. Dzisiaj przywykliśmy raczej do filmów, które same w sobie mają tyle narzędzi, że w bardzo dobry sposób eksploatują ten gatunek. Nie możemy jednak zapominać o innym medium – komiksie, na którego kartach pojawiał się on od najwcześniejszych lat.

Wszystko zaczęło się od Dicka Briefera, który zafascynowany książką Mary Shelley i filmami na jej podstawie, postanowił zrobić swoją własną, komiksową serię. Ośmiostronicowa historia Frankensteina pojawiła się w 1940 roku na łamach siódmego numeru Prize Comics. Była ona tylko dodatkiem do sztandarowych superbohaterów tego magazynu, wśród których prym wiedli dzisiaj już zapomniani: Green Lama, Voodini czy Power Nelson. Dzisiaj ta historia uznawana jest za pierwszy amerykański horror komiksowy. O tym, jak bardzo niepewny był to był biznes, niech świadczy zachowanie autora, który w obawia o zniesławienie własnego nazwiska podpisywał się pseudonimem – Frank N. Stein. W późniejszym czasie serie o potworze przyniosły Dickowi Brieferowi sławę.

Jeżeli jesteście ciekawi, jak wyglądał pierwszy komiksowy horror, to informujemy, że można go przeczytać u nas – historia jest już przetłumaczona i odświeżona. Linkujemy poniżej!



Od tego czasu w świecie amerykańskiej Złotej Ery rozlała się prawdziwa fala horrorowych historii. Wiele magazynów przeznaczało specjalne miejsce na opowieści z dreszczykiem. A co za tym idzie, ich poziom komiksów stale się podnosił. Jednak przez siedem lat nikt nie wpadł na pomysł, żeby te rozproszone historie zebrać w jedno miejsce, jedno czasopismo poświęcone wyłącznie horrorowi.

Pierwsze kroki w tym kierunku podjęło wydawnictwo Avon, ale nie przyniosło mu to szczególnych korzyści. Pierwszy samodzielny, poświęcony wyłącznie horrorowi magazyn komiksowy – Eerie Comics – ukazał się tylko w jednym numerze. To dziwne, bo zawierał kilka przyzwoitych historii i mojego osobistego faworyta – pulpową opowieść o ocalałej załodze samolotu, która znalazła się na wyspie zamieszkałej przez kanibali i posłuszne im krwiożercze, inteligentne jaszczury, rysowaną przez Joe Kuberta. Do dziś nie wiemy, czy upadek magazynu był spowodowany kiepską sprzedażą, czy też z brakiem zapału twórców.

Zawieszoną w 1947 roku serię wznowiono cztery lata później i tym razem udało się wypuścić 17 zeszytów, lubianych i popularnych w Ameryce. Koniec Eerie Comics, jak i innych serii horrorowych tamtego okresu, spowodowany był niczym innym, jak wprowadzeniem Comic Code Authority. Magazyny musiały ulec pod ciężkim butem Fredrica Werthama i jego idei.

Paweł Iwanina

niedziela, 3 maja 2015

Wehikułem czasu do lat 80 - Kung Fury




Twardy glina walczący ramię w ramię z nordyckim bogiem przeciwko armii nazistów dowodzonej przez samego Adolfa „Kung Führera" Hitlera. Oto najbardziej pokręcony, zwariowany film tego roku – Kung Fury.





Szwedzkie Kung Fu (ry)

Być może część z was nie słyszała nic o tej produkcji i nic dziwnego. Kung Fury będzie bowiem filmowym debiutem szwedzkiego reżysera Davida Sandberga, który wcześniej zajmował się produkcją reklam i muzycznych videoklipów. W 2012 roku Sandberg zdecydował się spełnić swoje marzenie i wyprodukować film będący hołdem dla kina akcji z lat 80. Tak narodził się pomysł nakręcenia Kung Fury – szalonej komedii jakby żywcem wydartej ze starej kasety VHS. Drewniane aktorstwo, czerstwe dialogi, absurdalnie przegięte sceny akcji a to wszystko podlane całą masą kiczu i zamierzenie tandetnych efektów specjalnych. Rzućcie okiem na trailer, który sprawił, że z miejsca zakochałem się w tej produkcji.



Thor Vs Hitler


Fabuła jest urocza i tak głupia, że aż genialna. Główny bohater, tytułowy Kun Fury – znający tajniki wschodnich sztuk walki gliniarz z rodzaju tych, co to podczas przerwy na kawę w pojedynkę demolują pół dzielnicy, wyrusza na najniebezpieczniejszą misję swojego życia – cofa się w czasie, by pokonać największego zbrodniarza wojennego w dziejach ludzkości, czyli Adolfa Hitlera zwanego także Kung Führerem. Kung Fury nie będzie jednak walczył sam. Z pomocą przyjdzie mu potężny bóg Thor oraz uzbrojona w karabin maszynowy kobieta-wiking. Brzmi niedorzecznie? I tak właśnie ma być! Żadnego realizmu, czy powagi, tylko czysta akcja. Zresztą, to co pokazano w zwiastunie jest tylko wierzchołkiem góry lodowej i w samym filmie czeka nas cała masa przegiętych postaci i scen, jakich próżno szukać we współczesnych megaprodukcjach.


Lata 80 znowu żywe

„W latach 80 liczyły się zabawa, akcja i herosi. Kung Fury posiada to wszystko!” - to słowa Davida Hasselhoffa, który z wielkim entuzjazmem przyłączył się do promocji Kung Fury. Nakręcił on znakomity teledysk „True Survivor”, którego obejrzało jak do tej pory grubo ponad dziewięć milionów osób. Ta liczba wyraźnie ukazuje, jak wielką popularnością cieszy się Kung Fury wśród internautów, bez których zresztą projekt ten nigdy by nie powstał.

Dzięki zbiórce na portalu Kickstarter twórcom udało się uzyskać ponad 630 tysięcy dolarów, co w zupełności wystarczyło na wyprodukowanie trzydziestominutowego obrazu. Wielka szkoda, że suma ta nie dobiła do miliona – wówczas Kung Fury stałoby się pełnometrażowym filmem. Nie wszystko jednak stracone – patrząc na ogromną popularność Kung Fury jeszcze przed premierą jestem pewien, że prędzej czy później ujrzymy kontynuację, lub inne, utrzymane w podobnej konwencji dzieło. W międzyczasie warto czekać na premierę, która ma nastąpić gdzieś między 22 a 29 maja. Zwłaszcza że film będzie dostępny w sieci całkowicie za darmo.

Na koniec zapraszam do obejrzenia wspomnianego teledysku Davida Hasselhoffa.




To jak? Gotowi na podróż w czasie?



Piotr Kistela

środa, 29 kwietnia 2015

[RetroGamer#2] Z blasterem przeciwko Imperium - Star Wars: Dark Forces



Przodek serii Jedi Knight, jeden z najbardziej innowacyjnych fpsów w swoim czasie i zarazem pierwsza w pełni trójwymiarowa gra z uniwersum Gwiezdnych Wojen – oto kultowe Dark Forces.


Innym razem, Luke


Chociaż Dark Forces uchodzi za jedną z ciekawszych gwiezdnowojennych gier, niewiele brakowało, by stała się najsłynniejszą. Pierwotnie bowiem twórcy planowali uczynić jej głównym bohaterem... Luke'a Skywalkera, zaś fabuła obracać się miała wokół wydarzeń z oryginalnej trylogii. Fps z jednym z najsłynniejszych bohaterów w historii popkultury? Świetny pomysł, szkoda tylko, że trafił do kosza. Developerzy uznali, że taka wizja ograniczałaby ich twórczo, więc koniec końców zdecydowali się postawić na zupełnie nowego bohatera i historię osadzoną przed wydarzeniami z Nowej Nadziei. I tak na scenę wkroczył Kyle Katarn, niegdyś oficer wiernie służący Imperium, obecnie najemnik na usługach Rebeliantów


Mroczna strona Troopera 


Podczas próby wykradnięcia planów Gwiazdy Śmierci Kyle wpada na trop tajemniczego projektu Dark Trooper - elitarnej jednostki żołnierzy będących, mówiąc prosto, Storm Trooperami na sterydach. Zdając sobie sprawę ze skali zagrożenia nasz bohater postanawia położyć mu kres.

Fabuła Dark Forces, choć dość prosta i przewidywalna, była jedną z tych rzeczy, które wyróżniały grę na tle ówczesnej konkurencji. Wszelkie poczynania gracza były dokładnie wyjaśnione i uzasadnione fabularnie, co stanowiło odmianę od dotychczasowych, mocno pretekstowych historyjek w stylu tej z Duke Nukem 3D. Miłym akcentem okazał się gościnny występ kilku ikonicznych postaci, ze znakomicie zdubbingowanym Darthem Vaderem na czele. 

Warto wspomnieć, że sama idea Dark Trooperów, usprawnionych technologicznie super żołnierzy przyjęła się do tego stopnia, że została wykorzystana w kilku późniejszych grach, powieściach, a nawet w pewnej linii zabawek. W efekcie można było nie tylko postrzelać do Dark Trooperów, ale również postawić sobie jednego z nich na półce, lub obok klawiatury.


Stara, ale jara (i to jak!)




„Po raz pierwszy każdy będzie miał okazję swobodnie przechadzać się po świecie w uniwersum Gwiezdnych Wojen” - tak przed premierą swojego dzieła wypowiadał się główny projektant Dark Forces, Daron Stinnet. I miał rację: Dark Forces było pierwszą w pełni trójwymiarową grą osadzoną w świecie wykreowanym przez George'a Lucasa. To właśnie ona ustawiła podwaliny pod takie tytuły jak Battlefront czy Republic Commando, zaś dzięki jej kontynuacji narodziła się kultowa seria Jedi Knight.

Jest to też jeden z nielicznych, klasycznych fpsów, które zestarzały się w bardzo godny sposób. Duża w tym zasługa rewolucyjnych, jak na tamte czasy rozwiązań w mechanice. Kyle mógł nie tylko skakać, ale także – uwaga - spoglądać w górę i w dół! Dzisiaj brzmi to śmiesznie, ale w 1995 roku był to ogromny postęp w zakresie pierwszoosobowych strzelanin.

Sam gameplay to staroszkolna klasyka: poruszamy się w przypominających labirynty poziomach w poszukiwaniu niezbędnych przedmiotów czy przełączników, strzelając po drodze do wszystkiego, co się rusza. A było do czego strzelać: żołnierze Imperium, mackowate stwory, droidy czy wreszcie potężni Dark Trooperzy - wielu z napotkanych wrogów skojarzycie z filmowej trylogii. Także lokacje wciąż mogą się podobać: pomimo dwudziestu lat na karku zaskakują szczegółowością i wiernym oddaniem filmowego klimatu.


Brać i grać


Dark Forces to świetna, klimatyczna gra, która obroniłaby się i bez wsparcia kultowej marki. Mam szczerą nadzieję, że seria ta doczeka się kolejnej odsłony lub przynajmniej remake'a z krwi i kości. W międzyczasie zachęcam was do sięgnięcia po oryginał. Jeśli lubicie Gwiezdne Wojny, lub po prostu macie ochotę na klasyczną, oldschoolową strzelankę na pewno nie będziecie zawiedzeni. Zwłaszcza że Dark Forces jest dostępne na platformie GOG.com za około dwanaście złotych. To całkiem niska cena jak za taki klasyk.




Piotr Kistela

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

[Złoty Poniedziałek] Demoniczny bóg pulpy - Myron Fass

Jeżeli w Ameryce lat 70. była brudna robota do zrobienia, pojawiał się On. Człowiek, który potrafił sprzedać absolutnie wszystko. Zawsze schowany w cieniu unikał obiektywów reporterów, przez co w świadomości ludzi praktycznie nie istnieje. Poznajcie legendę człowieka imieniem Myron Fass.
 
Wszechstronny

Mgła osnuwająca jego życie rzednieje dopiero wtedy, gdy w wieku 22 lat zaczyna rysować pierwsze komiksy. Nie ograniczał się w żaden sposób ani do gatunku, ani do wydawnictwa. Był elastyczny i brał każdą robotę, jaką napotkał. Pracował w ten sposób aż przez osiem lat, z roku na rok nakładając większe tempo. Niekiedy zdarzało się, że Fass ilustrował całe zeszyty komiksowe, zostawiając jedynie kilka stron dla innych autorów, jak w przypadku magazynu Love Doctor, gdzie publikował ckliwe romansidła (przeważnie według własnego scenariusza!), czy Black Diamond Western.

Złota Era, chłopcze!

Jako rysownik miał już ugruntowaną pozycję w świecie komiksu złotej ery. Nie trwało to jednak długo – na mocy Comics Code Authority historie, których tworzenie sprawiału mu przyjemność w zasadzie zniknęły z rynku – ostały się tylko te niszowe, które miały już rzeszę wiernych czytelników. Fass zajmował się dosłownie wszystkim, co związane z komiksem. Zostało mu tylko jedna gałąź, w której do tej pory nie miał okazji się sprawdzić.

Zamiast rysować poświęcił się karierze wydawniczej. I wyszło mu to świetnie. Dzięki temu stał się jednym z najwybitniejszych popularyzatorów pulpy z ostatniego pięćdziesięciolecia.

Fass nie bał się niczego – parał się komiksowym horrorem, wskrzeszał upadłe magazyny pulpowe takie jak Terror Tales, czy Horror Tales, wydawał kryminały i historie o Kapitanie Marvelu, a także serię magazynów dla mężczyzn i entuzjastów broni palnej. Nie wspominając o tabloidach, magazynach telewizyjnych, czy magazynach poświęconych UFO – Ancient Astronauts, Offical UFO, czy Close Encounters of the Fourth Kind. Sprzedawał, tworzył i promował wszystko, co tylko – wedle jego opinii – mogło się sprzedać. W tym okresie został nazwany demonicznym bogiem pulpy.

Demoniczny bóg pulpy

Złota era Mayrona Fassa przypadła na lata 70., kiedy stał się największym wydawcą magazynów w Stanach Zjednoczonych. Jego rekordem było pięćdziesiąt(!) magazynów miesięcznie, które wychodziły pod egidą jego licznych firm wydawniczych. 

Moda na ciemniejsze oblicze pulpy stopniała na końcu lat 70., kiedy to do amerykańskiej świadomości dochodził powoli splendor nadchodzących lat 80. Mimo to Myron Fass działał dalej, choć mniejszym sumptem i ze znacznie skromniejszą kolekcją gazet.

Jego ostatnim projektem była firma Creative Arts wydająca magazyny dla miłośników broni. Były lata 90., a Fass dochodził siedemdziesiątki. Po latach ciągłej walki o dobrą sprzedaż przygniotła go paranoja, przez którą przestał się odzywać i stał się podejrzliwy. Poszedł wtedy za namową rodziny na zasłużoną emeryturę. Nieniepokojony w ostatnich latach swojego życia przez nikogo zmarł na słonecznej Florydzie w połowie lat dwutysięcznych, zostawiając po sobie pokaźny komiksowo-pulpowy dorobek.

Żółte dziennikarstwo?

Patrząc się z perspektywy dzisiejszej na działalność Fassa trzeba powiedzieć, że nie wszystko co tworzył, było dobre - wśród jego tytułów wiele było w konwencji tzw. żółtej prasy, czyli tytułów, które bazowały na niesprawdzonych doniesieniach, niezweryfikowanych informacjach, nastawionych na tanią sensację tabloidach, których tworzenie miało tylko jeden cel - miało dostarczyć mu gotówki na produkcję tego, co zawsze go pasjonowało - magazynów komiksowych.

Pamiętajcie o Myronie Fassie. W końcu demoniczny bóg pulpy może być tylko jeden.

Jeżeli chcesz przeczytać więcej o złotej erze komiksu zapraszam do śledzenie informacji na temat naszego najnowszego magazynu - Coś na Progu: Złota Era Komiksu

Paweł Iwanina

środa, 22 kwietnia 2015

Niechciany bękart świata gier – Heart of The Alien [RetroGamer #1]

W cyklu RetroGamer postaram się przybliżyć wam zapomniane produkcje ze świata wirtualnej rozrywki, które zasługują na to, by poświęcić im kilka wolnych chwil. Na początek poznajcie Heart of The Alien – jedyny oficjalny sequel kultowej platformówki Another World.

Buddy & Lester znowu w akcji

Choć wielu fanów za jedyną liczącą się kontynuację Another Worlda uznaje grę Flashback, to właśnie dzięki wydanej w 1994 roku na konsolę Segę CD Heart of The Alien poznacie kontynuację losów naukowca Lestera i jego kosmicznego przyjaciela Buddy'ego. Po dramatycznej ucieczce z więzienia w finale Another Worlda bohaterowie odlatują na grzbiecie pterodaktyla do rodzinnej wioski Buddy'ego. Na miejscu czeka ich przykry widok: okazuje się, że tajemniczy czerwonooki tyran porywa przedstawicieli własnego gatunku i więzi ich w sobie tylko wiadomym celu. Buddy wraz z Lesterem raz jeszcze wyruszają w niebezpieczną podróż, by pokonać nowe zagrożenie. Tym razem jednak role się odmieniają: gracz sterować będzie ruchami szaroskórego kosmity, zaś Lester, dawny protagonista zostaje zepchnięty na dalszy plan.



Burzliwe losy Serca Kosmity

Érik Chahi, twórca Another World, początkowo nie planował kontynuacji swojego dzieła, myśląc o nim jak o pewnego rodzaju zamkniętym rozdziale. Jednak silne namowy ze strony wydawcy, firmy Interplay skłoniły go do zmiany zdania. Pierwotna wizja gry znacznie odbiegała od ostatecznego produktu: Chahi chciał stworzyć opowieść dziejącą się równolegle to tej z pierwszej odsłony, widzianą z punktu widzenia kosmity Buddy'ego. Pomysł był ciekawy, ale nigdy nie został zrealizowany: Chachi już wtedy był mocno zaangażowany w produkcję innej gry – Heart of Darkness, przez co poświęcał sequelowi Another Worlda coraz mniej czasu i uwagi. Wykorzystało to Interplay, które z czasem całkowicie przejęło stery i usunęło wszystkie pomysły Chahiego zastępując je swoimi rozwiązaniami. Efekt końcowy tak bardzo różnił się od tego, czym miał pierwotnie być, że po jego premierze Chahi wydał oficjalne oświadczenie w którym odciął się od Heart of The Alien nie uznając tego tytułu za kanoniczny.

Dobra, ale spóźniona

Heart of The Alien to bardzo zachowawczy sequel, co można odczytać zarówno za wadę jak i zaletę. Trudne elementy zręcznościowe i specyficzny, chłodny klimat (ach, ten wszechobecny błękit) wciąż mogą się podobać. Bujając się nad przepaściami za pomocą specjalnego bicza, uciekając przed gigantyczną czarną panterą (tak, znowu) czy walcząc z różnorodnymi przedstawicielami lokalnej fauny bawiłem się równie dobrze, jak w przypadku Another Worlda.

Mimo pozytywnych wrażeń jestem w stanie zrozumieć, dlaczego Heart of The Alien w dniu swojej premiery przeszedł właściwie bez echa. Gra, która wyglądała praktycznie tak samo jak wydany trzy lata wcześniej prequel nie miała szans, by poradzić sobie na szybko rozwijającym się rynku. Zarówno oprawa graficzna jak i przestarzałe mechanizmy mocno trąciły już myszką, zwłaszcza na tle rozbudowanych i przepięknych graficznie tytułów od Nintendo, szturmujących w tym czasie rynek. Nie pomogła też niska popularność konsoli Sega CD, a brak wsparcia ze strony ojca serii ostatecznie przyczynił się do pogrzebania tego tytułu nie tylko komercyjnie, ale takżę w pamięci graczy.
Warto? Jasne, że warto!

Jeśli podobał wam się Another World i jesteście ciekawi dalszych losów pewnego rudowłosego naukowca, Heart of The Alien jest dla was produkcją obowiązkową. Zwłaszcza że jest  legalnie dostępna całkowicie za darmo. Wystarczy wpisać w wyszukiwarce hasło:

„Heart of The Alien Redux” 

Można cieszyć się powrotem do tajemniczego Innego Świata!




Piotr Kistela

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Komiks, który rozśmieszał Amerykę [Złoty Poniedziałek]

Cykl wpisów Złoty Poniedziałek poświęcony będzie komiksom – najczęściej tym, ze Złotej Ery Komiksu. Postaram się przybliżyć wszystko, co z komiksem jest związane w dobrej i przejrzystej formie. Zaczniemy od lutego 1948 roku, kiedy to nakładem wydawnictwa St. John wychodzi pierwszy numer 36 stronicowego komiksu Abbot and Costello.


Takich trzech, jak nas dwóch...

Były to zeszyty robione na licencji uzyskanej od wytwórni Universal, która zajmowała się produkowaniem filmów z tytułową parą. Abbott i Costello byli komediowym duetem, który od początku lat 40. rozbawiał całą Amerykę do łez. Nie była to zwyczajna para, która od czasu do czasu miała uświetniać nudne uroczystości – w tamtym okresie nie było osób, które mogłyby się z nimi równać. 

Są autorami jednego z najbardziej rozpoznawalnych skeczy - grze słów. Nazywał się „Who’s on first?” i polegał na tym, że wysoki, szczupły i wyważony Abbot tłumaczył pozycje i nazwiska graczy baseballa swojemu niskiemu, tęgiemu i porywczemu partnerowi – Costello. Witz rozchodził się o dwuznaczność nazwisk – jeden nazywał się Kto, drugi Czemu – a na każdy występ modyfikowali listę graczy. Brzmiało to mniej więcej tak:

- Kto jest pierwszy?
- Kto.
- Kto?
- Kto jest pierwszy!

„Who’s on first” znalazło się w liście 100 najlepszych cytatów według Amerykańskiego Instytutu Filmowego. 

Zapełniamy rynek

Abbot i Costello byli hitem – pojawiali się w radiu, telewizji, filmie, kreskówkach, a nawet w tekstach piosenek. Byli bezkompromisowi, nieugięci i przez ponad 20 lat ciągle na dobrym poziomie. Niestety, przez kodeks Haysa – konserwatywny zbiór zakazów dotyczących możliwości pokazywania danych scen w kinematografii – wydźwięk ich filmów musiał być złagodzony. 

Do rzeczy, których nie można było pokazać na ekranie wybrano komiks, chociaż pierwotnie nie taki był zamysł. Pierwsza historia z lutego 1948 roku to przerysowana na papier fabuła filmu z duetem Abbot&Costello - The Wistful Widow of Wagon Gap z 1947 roku. Później zamiast uciekać się do adaptacji, zaczęto wychodzić z własnymi inicjatywami. Pojawiały się parodie westernów, kryminałów, thrillerów, a nawet fantasy. Wszystko w dowolnej komediowej konwencji – żonglowano gatunkami, obśmiewano polityków i systemy gospodarcze, pojawiały się komentarze na bieżące sprawy polityczne, a wszystko to ukryte pod celnymi ripostami Abbota i Costello.

Po tym, jak prawy górny róg okładki zaczęła zasłaniać pieczątka „approved by comic code authority” seria przetrwała tylko 2 lata. Do 1956 roku zdążyło ukazać się 40 bardzo dobrych, choć miejscami nierównych numerów. 
 
Nie taki szybki koniec

Koniec komiksowej serii zbiegł się ze spadkiem zainteresowania wyczynami Abotta i Costello, którzy kilkanaście lat wcześniej wyparli Flipa i Flapa, a teraz sami mieli być wyparci przez nowy duet – przystojnego, wysportowanego i uwodzicielskiego Deana Martina i jego partnera, wyjątkowo pociesznego Jerry’ego Lewisa. 1956 rok to także ostatni poważny film z gasnącymi sławami. Ameryka o nich zapomniała.

Po 11 latach nieobecności, w 1967 roku powrócili – najpierw w wersji animowanej The Abbott and Costello Cartoon Show, pięciominutowych skeczach na zlecenie Hanna-Barbera, a później znów zagościli na kartach komiksu. Serię wydawało wydawnictwo Charlton, miała 22 zeszyty i ostatecznie umarła w 1971 roku. Od swojej starszej siostry odbiegała poziomem, a swoją popularność osiągnęła dzięki zamiłowaniu Ameryki do nostalgii.

Jak na razie nie zanosi się ani na reedycję, ani na nowe przygody komediowego duetu. Chociaż przyglądając się ostatniemu trendowi, w którym do łask powraca retro i vintage nie powiedziałbym, że jest to aż tak bardzo nierealna myśl.

Paweł Iwanina


Grafiki

Na koniec kilka grafik. Różnice między rokiem 1954 a 1955, czyli wprowadzeniem Comic Code Authority widać gołym okiem:

Okładka sprzed Comic Code Authority
A tutaj już po liftingu.
               

Szukaj